Archiwa tagu: camino

Cytat z „Drogi”

20150916_203349

Idę do miejsca, którego nie znam, bo wszystkie miejsca, które znałem, mi nie wystarczały. Nie tłumaczyły. Czego? Wszystkiego. Bo musi istnieć. Jakieś proste wytłumaczenie. Proste jak struna światła. Proste jak oddech. Proste jak bezkres błękitnego nieba. Bo życie i rzeczywistość nie mogą być pokiełbaszoną łamigłówką, splątanym węzłem zdarzeń i chęci. Idę, bo chcę wiedzieć, poznać, znaleźć coś, czego nie wiem, czego nie znam, czego znaleźć niepodobna.

Cytat z książki „Droga

Życie to droga

Przed Pirenejami

W 1912 roku Antonio Machado opublikował zbiór wierszy „Campos de Castilla”.  Miał wtedy 37 lat, więc był w tym wieku, gdzie jeszcze niesie człowieka rozpęd młodości, a jednocześnie pojawiają się dojrzałe refleksje na temat życia, ludzi, otoczenia.

W tym zbiorze wierszy opublikowanym 105 lat temu jest i taki, który opowiada o camino. Doczekał się on po latach wersji śpiewanej. Nie jest prosty w odbiorze. Ale chyba wart zapoznania się:

Todo pasa y todo queda,
pero lo nuestro es pasar,
pasar haciendo caminos,
caminos sobre el mar.

Nunca persequí la gloria,
ni dejar en la memoria
de los hombres mi canción;
yo amo los mundos sutiles,
ingrávidos y gentiles,
como pompas de jabón.

Me gusta verlos pintarse
de sol y grana, volar
bajo el cielo azul, temblar
súbitamente y quebrarse…

Nunca perseguí la gloria.

Caminante, son tus huellas
el camino y nada más;
caminante, no hay camino,
se hace camino al andar.

Al andar se hace camino
y al volver la vista atrás
se ve la senda que nunca
se ha de volver a pisar.

Caminante no hay camino
sino estelas en la mar…

Hace algún tiempo en ese lugar
donde hoy los bosques se visten de espinos
se oyó la voz de un poeta gritar
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Murió el poeta lejos del hogar.
Le cubre el polvo de un país vecino.
Al alejarse le vieron llorar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Cuando el jilguero no puede cantar.
Cuando el poeta es un peregrino,
cuando de nada nos sirve rezar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso.

[źródło]

W moim tłumaczeniu wiersz ten brzmi tak:

Wszystko przemija i wszystko zostaje
Przechodzimy przez życie
Wydeptując w nim ścieżki
Ścieżki w wielkim morzu

Nie szukałem nigdy sławy
Nie chciałem też słów moich zapisać
I w ludzkiej pamięci, zostawić na zawsze
Kocham po prostu słowa
Lekkie, delikatne
Jak bańki mydlane

Lubię patrzeć, gdy błyszczą w słońcu,
Kąpią się w czerwieni
Unoszą się w błękicie nieba
Wibrują, drżą i niespodziewanie pękają…

Nie szukałem nigdy sławy

Wędrowcze, droga
to twoje ślady i nic więcej
Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków

Idąc, zostawiasz w życiu ścieżkę
I gdy obejrzysz się za siebie
Zobaczysz szlak
Którego nikt nie przemierzy ponownie

Wędrowcze, nie ma drogi
Tylko ślady na morzu…

Dawno temu, gdzie las
Dziś w ciernie stoi przystrojony
Brzmiał donośnie  głos poety
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

I umarł poeta, od domu daleko
I obca go ziemia przykryła
I gdy wyruszał, słyszano że płakał
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

Kiedy szczygieł nie może już śpiewać
Kiedy poeta jest pielgrzymem
Kiedy modlitwa zdaje się na nic
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem.

Myślę, że wiersz jest warty przeczytania i zasłuchania się. Więc może posłuchajmy:

 

Myślę też, że ten wiersz oddaje tę zapomnianą prawdę, że nasze życie jest drogą, którą przechodzimy. Drogą jedyną. Nigdy już takiej nie będzie. Także pielgrzymkowe drogi, to nie tyle wyznaczone szlaki, znaki, ścieżki, co raczej właśnie te wydeptane trudem, nadzieją, wysiłkiem, skropione potem, jedyne rzeczywiste.

Przechodząc przez świat, przez życie zostawiamy ślady. Tworzymy te cudowne, czasem ciemne, czasem słoneczne, drogi. I z tych śladów, dróg składa się cała rzeczywistość.

Warto tu przywołać Nelsona Mandelę i jego słowa:

„To co się w życiu liczy, to nie prosty fakt, że się żyło. Tylko to, jaką różnicę, zostawiło się w życiu innych”.

Antonio Machiado chyba nie był specjalnie religijny, a jednak i u niego, poeta staje się pielgrzymem. Bo nie ma innego wyjścia. Bo droga pozbawiona celu, rozpada się. Bo wszyscy tak naprawdę dążymy. Do Santiago, do ludzi, do miłości, do Boga. Tworząc nasze jedyne, unikalne drogi. Obyśmy doszli 🙂

Katolicyzm i Camino

Katolicyzm i Camino

Pozornie nie ma sobie dwóch bliższych sobie rzeczy niż katolicyzm i camino. Wszak pielgrzymi idą do grobu św. Jakuba Apostoła. Wszak taka droga wymaga nieporównanie większego wysiłku i poświęcenia niż „zwykłe” formy religijności. Wszak ten grób znajduje się w katolickiej katedrze w Santiago de Compostela i polski, katolicki papież – Jan Paweł Wielki – wezwał do wznowienia ruchu pielgrzymkowego i zainicjował ten współczesny fenomen zachodniego świata, jakim są setki tysięcy ludzi, indywidualnie pokonujących setki kilometrów w drodze do św. Jakuba.

A jednak te dwie rzeczywistości, te dwa „światy”, katolicyzm i camino, wcale tak bardzo nie są ze sobą razem, wcale tak bardzo się ze sobą nie identyfikują. Co o tym świadczy, skąd się to bierze, dlaczego tak się dzieje?

Najpierw warstwa faktów. Europa jest po reformacji i po ateizującej Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jest też po doświadczeniu dwóch przerażających wojen, które przeorały wrażliwość i pojęcie o świecie Europejczyków. Stąd istnieją w Europie szerokie jej połacie, gdzie katolicyzmu po prostu nie ma. Gdzie jedyny budynek kościoła jest zamknięty albo gdzie jest to kościół protestancki. Są tereny i grupy ludności, dla których katolicyzm to wyłącznie papież, którego można czasem zobaczyć w telewizji, poczytać o nim w internecie albo wyjątkowo spotkać, zwłaszcza dawniej, gdy papież – największy pielgrzym wśród współczesnych papieży – przemierzał świat w poszukiwaniu ludzi.

Więc katolicyzm nie jest już najzwyczajniej religią Europy, tak jak to miało miejsce w czasach, gdy pielgrzymowanie do Santiago się zaczynało, w czasach wczesnego średniowiecza. Dziś po ścieżkach camino chodzą i katolicy i ateiści, i protestanci, i buddyści, i ci co nie wiedzą jeszcze kim chcą być, czy gdzie należy ich zakwalifikować. Dziś camino biegnie terenami, gdzie można przez wiele dni nie spotkać katolickiego kościoła czy księdza, bo kościoły zamknięte, bo tereny reformacją przeniesione w protestantyzm.

Czysta zatem, fizyczna, rzeczywstość sprawia, że katolicyzmu dziś z camino utożsamiać tak naprawdę się nie da. Są wzajemne związki. Są one, pewnie najsilniej, w pielgrzymach katolikach, szczególnie tych z Polski.

Następna różnica, innymi słowy niespójność, leży w przestrzeni przeżywania wiary, życia, w sposobie myślenia i zachowania.

W swoim mainstreamie, katolicyzm zachęca do wiary, która polega na jak najwierniejszym i jak najintensywniejszym powtarzaniu gestów, praktyk, myśli, które podaje do powtarzania i myślenia. Nawet emocje są zadekretowane. Katolik na komendę się smuci, cieszy. Na komendę myśli, przeżywa. Najwyższą jego cnotą jest powielanie dostarczonych mu prawd wiary i postępowanie wg zasad, jakie głosi święta tradycja Kościoła. Odradzanym, podejrzanym i groźnym odstępstwem jest własne myślenie o tych sprawach, wtedy gdy różni się od jedynie słusznego.

Camino jest tu odwrotnością tego podejścia. Szczególnie camino w wersji samodzielnej i indywidualnej. Camino jest osobistą podróżą. Gdzie? W sumie do Boga, bo nie da się nigdzie indziej pielgrzymować. Bo nawet ci, co deklarują w niego niewiarę, pielgrzymują by poznać bardziej siebie, by poznać bardziej ludzi, by odnaleźć prawdę. A przecież w tych trzech obszarach to Bóg jest tym, kogo się poznaje, bo on sam stoi u podstaw istnienia, człowieka i prawdy.

Istotą camino jest osobiste doświadczenie, tak jak istotą katolicyzmu jest grupowe powtarzanie zachowań i myślenia. Na camino człowiek staje wobec Boga sam, w katolicyzmie w grupie staje wobec księdza, który „ma klucze do królestwa niebieskiego”.

Katolikom w katolicyzmie brak jest uczucia i doświadczenia. Tego osobistego poznawania i bezpośredniej,  autentycznej drogi do Boga. Pielgrzymom na Camino, brak jest grupowego spotkania w drodze do Boga, współdzielenia modlitwy, bycia częścią jednego organizmu społecznego.

Rozbieżności współczesnego camino i katolicyzmu, te wynikające z uwarunkowań praktycznych i te wynikające z podejścia do religijności, uzewnętrzniają się w postawach ludzi.

I tak większość pielgrzymów (w mojej ocenie 80-90%) nie próbuje nawet po drodze uczestniczyć w obrzędach religijnych, nawet gdy jest po temu możliwość. Najzwyczajniej w świecie nie widzą sensu ani potrzeby. Wyszli na camino by poznawać, wypoczywać w pocie czoła, odkrywać, nawet wyszli by szukać Boga, ale do kościoła, najzwyczajniej w świecie, się nie wybierają.

Kościół ze swojej strony, sprawując pieczę nad grobem Apostoła, wykazuje generalnie brak zainteresowania pielgrzymami. Generalnie, bo są wyjątki. Jest Santiago de Compostela, jest Vezelay, Le Pui. Są księża, którzy pielgrzymom serce i ostatnią szatę oddadzą i to jest kwiat kościoła, jego najcenniejsza część.

Jednak na blisko 30 miejscowości w jakich można zanocować na Camino del Norte, religijne i katolickie elementy spotkałem tylko dwa razy. Chodzi o krzyż, pismo święte czy o zachętę do odwiedzenia kościoła i wzięcia udziału w nabożeństwie. Było to raz w Monte do Gozo, polskim schronisku pod nadzorem polskiego księdza. Dwa, w schronisku prowadzonym przez świeckie stowarzyszenie z Anglii w Miraz. Dużo częściej w schroniskach można spotkać pięknie wydany „Zohar”, a więc podstawowy tekst żydowskiej mistyki i średniowiecznej kabały. Czy coś nam świta? Coś na temat tego jak Kościół zajmuje się pielgrzymami?

Na terenach protestanckich w Niemczech, lokalne kościoły dbają o pielgrzymujących do Apostoła. Utrzymują na własny koszt schroniska, troszcząc się o pielgrzymów i zapewniając im możliwość przenocowania, gdy pogoda zła i po całym dniu człowiek słania się na nogach. Na terenach katolickich niczego takiego już nie ma. Tam katolicyzm jest zajęty sobą, wierzeniem w prawdy, powtarzaniem obrzędów, a nie jakimś tam pielgrzymami.

W Polsce poziom przyjęć na parafii oceniam na jakieś 50%. Z jednej strony to zrozumiałe, bo parafia nie trudni się udzielaniem noclegów, choćby na podłodze w jakimś schowku czy salce. Z drugiej strony przecież „byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie”. Więc…?

Praktyka samodzielnego pielgrzymowania pozostaje dla kościoła katolickiego wyzwaniem. Zagadką, szansą i zagrożeniem. Wyzwaniem i zagadką, bo jest zjawiskiem, którego kościół nie kontroluje, nad nim nie panuje i nie bardzo rozumie. Zagrożeniem, bo narusza podstawowe mechanizmy kościoła, a więc grupowe wierne kopiowanie postaw i sposobów myślenia. Wreszcie szansą, bo to co jest największym deficytem obecnego kościoła, to spotkanie spontanicznej, autentycznej i pochodzącej z przeżycia, relacji z Bogiem.

Więc camino i katolicyzm się spotykają, mają ze sobą wiele wspólnego, ale wciąż nie łączą się ze sobą tak, jak w 1040 roku, gdy być Katolikiem to znaczyło pielgrzymować. Oprócz Rzymu i Jerozolimy, w szczególności do Santiago, gdzie pochowany jest pielgrzym, przybyły ongiś z Jerozolimy. Nie pielgrzymował tam, by odwiedzać kościół. Pielgrzymował, by go zakładać. Te wysiłki jego wtedy, jak nasze często teraz, generalnie przyniosły skromny rezultat. Jednak po wiekach, od iskry zapalonej przez papieża z Polski, dały ponownie dziwny i niespotykany owoc. Setki tysięcy obywateli zlaicyzowanego świata, zmierzające do grobu Jakuba. W poszukiwaniu siebie. W poszukiwaniu ludzi. W poszukiwaniu Boga, którego przyjście, śmierć i zmartwychwstanie, ogłaszał.

———————————————————————–

Link do totalnie niezwykłej jak na warunki polskie, bo szczerej, relacji z 4 miesięcznej pieszej pielgrzymki z Polski do Santiago: http://camino.zbyszeks.pl/droga-pobieranie/

Raport nr 4 z rozpowszechniania się „Drogi”

Niełatwe są między nami relacje. Najpierw to była krew, pot i łzy przy tworzeniu ponad tysiącstronicowej relacji. Potem zachwyt i ekstaza, że się udało. I ogromne nadzieje na przyszłość. Że wydadzą. Że poznają się. Że przecież… wiadomo, co w środku. Dalej przyjemny okres, burzliwego dość, rozpowszechniania się i wreszcie przyszła jesień, a potem zima.

Nikt cię nie chce, moja „Drogo”, z tych wielkich, usytuowanych, wyposażonych. Siedzą wysoko w swoich fotelach, na swoich pozycjach, zajęci przesypywaniem tego, czego ich nauczono. Czyż mogę mieć do nich pretensje? Pewnie, że mogę. Tyle, że to byłoby głupie. Po prostu głupie.

A jednak. A jednak ciągle nie możesz się skończyć. Ciągle ktoś cię czyta, podzieli się opinią o wrażeniach z lektury. I ciągle – ile razy można powtarzać „ciągle”? – są to wrażenia bardzo pozytywne.

Więc, choć już miałem o tobie zapomnieć, odłożyć cię na półkę z napisem „zapomnienie” albo tą z tytułem „odrzucenie”, ciągle do mnie wracasz. Czymże jesteś? – chciałbym zapytać. Bo droga to przecież coś niepomiernie więcej, niż droga po prostu. To coś „tak dużo”, że nie sposób opisać, ani wypowiedzieć. Może to nić życia, którą dane mi było, jakoś poprzez czas, emocje, zdarzenia i czynności wpleść w to życie przez duże „Ż”. Jak każdemu z nas zresztą.

Byłem w drukarni. Najpierw rozpoznanie zdalne, teraz wizyta techniczna. Tak można wydrukować. Tysiąc stron na jedną książkę?
– Nie ma mowy – kręci głową drukarz/wydawca – rozleci się.
– Nawet jak szyta?
– Nawet jak szyta.
– To co?
– To muszą być dwa tomy po pięćset.

Więc generalnie to jest do zrobienia. Serio. To możliwe. Cena za książkę w grubej oprawie i szytą a nie klejoną, taką na 500 stron, to 45-60 zł. przy małym nakładzie.  Może coś się da taniej, bo to pierwsza oferta.  Wiadomo. Książka z dwóch tomów, to by było 90-120 zł. Są ceregiele z watem i egzemplarzami obowiązkowymi. Ale może na święta? Choć to już późno.

Więc mógłbym poprosić potencjalnych czytelników o deklaracje czy chcą i potem przyjąć wpłaty. Byłoby zapotrzebowanie i finansowanie. Drukarnia spokojnie wydrukuje za te pieniądze. Byłaby realizacja. Ale tu pojawia się problem. Bo trzeba by ludziom, tę książkę sprzedać. A to transakcja i działalność gospodarcza. Partyzantka tu odpada. Więc koszt w postaci choćby ZUS. To nie dla mnie.

Więc mam kłopot ze stroną transakcyjną. Konstruktywne podpowiedzi mile widziane.

Chodzi mi też ciągle po głowie audio. Ale to na później. Bo trzeba by jakiś porządny mikrofon. A który porządny? A ile to? I tak dalej. I temu podobne.

Więc nie odkładam „Drogi” na półkę. Zawsze proszę i apeluję o jej polecenie, rzecz jasna tylko wtedy jak sama do siebie czytającego przekona. Jest to jedna z tych rzeczy, które zrobiłem w życiu, że gdy sobie o niej pomyślę, to się uśmiecham. To chyba jednak dobrze…

Na koniec liczby.
Ilość pobrań darmowych: 1 274
Ilość osób pobierających:     700  (szacunkowa)
Ilość recenzji po przeczytaniu całości: 5
Ilość dotacji: 4
Ilość zakupów ebooka: 8   (cena jest trochę zaporowa: 45 zł)
(większość i tak zjadają podatki i koszty dystrybucji)
Ilość informacji o tym, że książka jest czytana jest spora ale już już jej nie liczę.

Tak szczerze mówiąc to podziwiam ludzi, którzy tak długą książkę czytają w postaci elektronicznej. Wierzę, że „Droga” ukaże się drukiem.

Strona do deklarowania chęci nabycia „Drogi” drukiem już jest i działa. Można za jej pomocą taką chęć wyrazić. Jak chętnych nie będzie, to kłopot z głowy 🙂 Jak będą, to będzie doping, by jakość ten podmiot przeprowadzający transakcję znaleźć i całość doprowadzić do skutku. Zysk w każdym przypadku 🙂

Camino czyli moja Polska w Europie – cz.1 Niemcy

Bałem się gdy przekraczałem zachodnią granicę Polski. Bałem się, bo nigdy nie byłem w krajach, przez jakie miałem przejść: Niemcy, Francja, Hiszpania. To wszystko było dla mnie obce, właśnie takie – obce.

Nauczony życiem, w stosunku do obcych spinałem się, w stosunku do Niemców, generalnie miałem jakiś uraz. Popołudnie spędzone w Görlitz, jeszcze bardziej mnie przeraziło, bo spotkałem ludzi, którzy nie mówią po polsku ani po angielsku, banki, które nie obsługują mojej karty płatniczej i w ogóle wszystko dziwne i niezrozumiałe, a miałem tylko plecak, niewielką kwotę euro i wielki obcy kraj przed sobą.

Pierwszy szok przeżyłem  w Weißenberg, 30 kilometrów od granicy z Polską. Przeżyłem go, gdy zaproszony na niemieckie party urodzinowe, usłyszałem jak Niemka zaczęła śpiewać „Szła dzieweczka do laseczka”.

O kurcze – pamiętam tą swoją reakcję – to ta moja Polska jednak i dla nich ma jakąś wartość! Nauczyłem tam Niemców śpiewać „Sto lat” i to był taki pierwszy dla mnie przebłysk polskości w Niemczech.

30 kilometrów dalej był Budziszyn. I znów zaskoczenie. Zapytani przeze mnie mężczyźni w kościele, na dźwięk języka angielskiego otworzyli szeroko oczy i kręcili głowami, że… nie rozumieją.

– A może po polsku?  – zapytał z nadzieją w oczach jeden z nich. – My rozumiemy polski – dodał, widząc z kolei moje zdziwienie.

Popołudnie spędziłem wówczas na herbacie u Serbołużyczanki, która płynnie mówiła po polsku. – Za komunizmu, zawsze jeździliśmy do Polski. Tam było inaczej. Jakoś tak więcej wolności – opowiadała.

Język serbsko-łużycki ma sporo podobieństw do polskiego, stąd nazwa ulicy (są dwujęzyczne) to  „Lipowa aleja”.  Stąd nad bramą wjazdową do posesji jest krzyż i hasło „We Bohu je moja nadzijja”.

Polskę w Niemczech spotkałem dalej dopiero w części zachodniej. Spotkałem ją w osobach polskich księży sprawujących swoją posługę na niemieckich parafiach. Polscy księża za granicą to w ogóle odrębne i piękne zagadnienie. Są szanowani i poważani. Są takimi trochę ambasadorami Polski. I w każdym z nich, jest polskość, a co to jest polskość?

Polskość to serdeczność. To swoiste ciepło charakteru. To też pewien pietyzm dla wartości. To naturalność w zachowaniu. To odblask wolności połączonej nieodłącznie z poczuciem własnej godności. Polskość to coś pięknego, coś czego najsilniej pewnie można doświadczyć z daleka od Polski. Za jej granicami.

Polskich księży w Niemczech spotkałem trzech. Każdy z nich swoją serdecznością zaskarbił sobie moją wdzięczność. I gdy tak siedzieliśmy wieczorami, to jasne było, choć nikt tego nie powiedział – że tęsknimy. I w tych rozmowach i w naszej obecności, Polska się pojawiała.

W Frankfurcie nad Menem spodobały mi się barwy tego miasta i jego godło. O ile nasze województwo dolnośląskie ze swoją stolicą Wrocławiem, za barwy obrało sobie kolory żółto-czarne, a godłem jego jest czarny orzeł na żółtym tle, o tyle barwy Frankfurtu nad Menem są… tak tak, biało-czerwone! A godłem jest biały orzeł w koronie na czerwonym tle.

We Frankfurcie jest też polska parafia katolicka, a w niedalekim Wiesbaden jest Polska Misja Katolicka. Spotkałem tam też, po prostu na ulicy, polskie małżeństwo z małym dzieckiem. Przyjechali do pracy w Niemczech i już tam zostaną. Mówili, że jest wiele takich przypadków. To spotkanie mnie ucieszyło, fakt tej nowej emigracji z kraju… już mniej. Młody Polak we Frankfurcie zaproponował mi nocleg – to też „polskie” takie.

20150627_175750

Więc to nie jest tak, że Polska jest zamknięta w granicach kraju nad Wisłą. Polska jest w Europie nie tylko geograficznie, ale jest w niej organicznie. Przez swoją kulturę, przez Polaków, których można spotkać. Przez instytucje, szczególnie te Kościoła Katolickiego.

We Francji było jeszcze ciekawiej, ale to już… temat na następny odcinek 🙂


O wszystkim zaś, tylko o wiele mocniej :),
w mojej książce o tej pielgrzymce.

Camino i narodowości czyli spotkania z ludźmi

Mont de Marsant - France

Mont de Marsant – France

Nie wiem zupełnie, z kim teraz, dzisiaj chciałbym się najbardziej spotkać z tych, których spotkałem na Camino.

Chyba najbardziej chciałbym się spotkać z Takahashim. Dziwna była ta nasza znajomość i trochę niezwykły, w swojej zwykłości, był ten Japończyk. Niewylewny, mówiący powoli. Zawsze spokojny. Jadł tyle, co kot napłakał.

A jednak rozmowy między nami, były chyba, pomimo niewielu słów, najbardziej szczere i na swój sposób głębokie. Odarte z całego tego uroczego tła, z błyskotliwości sformułowań, z emocjonalnego falowania, jakoś tak – byliśmy prawdziwi. Chciałbym go zobaczyć, jeszcze raz. Trochę pójść razem. Wieczorem usiąść, przy winie albo przy herbacie i… opowiadać, jak jest.

W ogóle to wypada potwierdzić, że nacje, narody mają swoje charaktery. I to, gdy się spotyka tych ludzi, widać. Niemcy na przykład są konkretni. Po prostu. Jest takie pojęcie, szczególnie w sferze zawodowej, merytoryczność. Tacy są właśnie Niemcy. Nie ma „to tamto”. Są konkrety. Konkrety, które rozwiązują problemy. Konkrety, które ułatwiają życie. Konkrety, które stawiają na nogi rzeczy, które emocje, lekkomyślność czy niedbalstwo, stawia czasem na głowie.

Francuzi smakują życie. Po prostu. Są zapatrzeni w piękno i urodę. „Francja elegancja” to nie jest pusty slogan. Gdy spocony i wymięty siądziesz na betonie pod marketem i będziesz wcinał z pozłotka najtańszy ser, bo na taki było cię stać, to od wchodzącego do środka Francuza usłyszysz…. co? – „Bon appetit”!

Włosi są optymistyczni i weseli. Świetnie się z nimi rozmawia. Nie zwracają uwagi na wiele. To dobrzy kompani i towarzysze. Szczególną grupą są Azjaci. Faktycznie wyróżniają się na tle innych narodowości czy grup społecznych.  Gdy pomożesz komuś z Europy albo Ameryki to podziękuje ci z uśmiechem. Gdy zrobisz to samo w stosunku do kogoś z Azji, to zrobi on(a) wszystko, żeby ci się zrewanżować. Są uprzejmi, skupieni na tym, co robią. Chyba trochę patrzą na nas, Europejczyków z podziwem.  Spotykałem Japończyków, Koreańczyków i jednego Chińczyka. Ze wszystkimi dawało się wejść w dobry, szczery kontakt. I nawet w tej szczerości byli, choć nie wylewni, to właśnie uprzejmi. Jakby znaczenie miało dla nich to, jakie wrażenie robią na kimś drugim, jaki ślad w innych zostawia to, co robią i mówią.

Amerykanie to wieczne dzieci. W tym pozytywnym sensie tego słowa. Jakim sensie? W takim, że wszystko chcą poznawać. Że wszystko traktują jako równe sobie, także innych ludzi. W tym, że nie mają żadnych uprzedzeń. Są bardzo otwarci i tu, w Europie, też chyba są pod jej urokiem i wrażeniem. Z Amerykanami warto coś robić, razem iść. Są przedsiębiorczy, tacy… „do przodu” i często się uśmiechają.

W Hiszpanach jest jakiś ból. Zupełnie nie wiem jak to wyjaśnić, bo przecież ze wszystkich narodowości Hiszpanie najlepiej się bawią i są mistrzami świętowania i radości. A jednak, gdzieś poza kurtyną uśmiechu, szaleństw ich fiesty, gdzieś może nawet z tyłu ich świadomości, jest jakaś igła. Jakiś smutek. Jakaś rana. Są w tym podobni do Polaków. U nas też takie zranienie da się czasem zauważyć. Może to ta ich wojna domowa, ciągle gdzieś w nich jest? Hiszpanie przeciw Hiszpanom i krew, i dziesiątki albo setki tysięcy nawzajem się zabijające? Może to echo klęski pod Gravelines, która kończyła sen o potędze Hiszpanii, a rozpoczynała dominację Wielkiej Brytanii.

Więc w tej radości Hiszpanów, w tym ich uroczym zapamiętaniu, gdy oddają się zabawie, jest jakieś echo smutku. Czegoś co boli. I w Polakach też to jest. To poczucie zranienia. Te sto pięćdziesiąt lat, nie dość, że braku państwa to klęsk zrywów powstańczych.

Z kim dzisiaj chciałbym się spotkać, po tych wszystkich miesiącach jakie minęły od Camino? O Takahashim już pisałem. Więc z kim jeszcze?

Pewnie z Willeke, niesamowitą strażaczką z Holandii, z którą szedłem kilka dni przez południową Francję. Bardzo dobrze się nam rozmawiało i było ze sobą. Na trasie i wieczorem, przy stoliku, gdy makaron z oliwkami.

Chciałbym się spotkać z szeregiem Francuzów. Wpaść znów do domu Maurice i Odette, wypić tam szklankę zimnej wody, podziwiać, że Maurice zna trochę słów po polsku. Pewnie uściskałbym ponownie Noel i porozmawiał z Claudie. I chciałbym odwiedzić jeszcze długi, szereg Francuzów i Francuzek, bo to dobrzy ludzie. Bezpośredni i jakoś tak, piękni.

Chciałbym na pewno wypaść tuż za granicę. Ledwie 30 kilometrów i usiąść znów z Günterem i jego przyjaciółmi. Śmialibyśmy się i gadali jakby nigdy nic. Jakby wczoraj było dzisiaj. Jakby Polaków i Niemców nigdy nic nie dzieliło. I tylu innych Niemców wspominam pozytywnie. Nie, nie są jak Francuzi – bezpośredni i romantyczni. Nie są jak Hiszpanie skorzy do zabawy i otwarci jak Amerykanie. Ale ich, Niemców, konkretność jest nakierowana na ludzi. I dobrze ich mieć jako sąsiadów, choć dawniej wcale tak nie myślałem.

I na koniec chciałbym spotkać moich polskich przyjaciół. Wbrew pozorom, to właśnie na wspomnienie ich postaci jakoś tak najbardziej… czuję. Nie wiem właściwie dlaczego. Na zupełne wyróżnienie zasługuje tu polska młodzież. To wciąż nierozpoznany nasz atut, skarb, potencjał. Młodzi Polacy, takie jest moje zdanie, przerastają młodzież wszystkich innych nacji. Swoją dojrzałością i mądrością, swoim patriotyzmem, swoją umiejętnością czynienia wszystkiego wokół – jaśniejszym.

Więc teraz dopiero widzę. Że ci wszyscy ludzie spotkanie przeze mnie, ciągle jakoś ze mną, we mnie, są. Że zostawili swój trwały ślad. I pewnie ja w nich także. To jest taka nauka, z tego pielgrzymowania do świętego Jakuba, że wszyscy sobie jesteśmy pisani. Że możemy się nawzajem wzbogacać, wspierać, radować, być dla siebie. To doświadczenie z niczym nie porównywalne, bo świat nam oferuje rywalizację, atomizację, apoteozę egoizmów. Tymczasem jesteśmy dla siebie i różnice między ludźmi to sama pycha. To coś, co nam przynosi uśmiech, co czyni życie bogatszym, kolorowym. Co pozwala z uśmiechem powiedzieć – warto jest żyć.


(c) Copyright Zbigniew Ściubak 2016

Camino, Samarytanie i kwestia bliźniego

Noth-west France

Noth-west France

A kto jest moim bliźnim? – zapytał uczony w Prawie, Jezusa z Nazaretu. To pytanie pozostaje jednym z kluczowych pytań każdego człowieka. Pozostaje pytaniem, na które nie możemy nie dawać odpowiedzi. I dajemy ją w rozmaity sposób.

Dla jednych inni bliźni to naród. Ludzie podobnego pochodzenia, mówiący podobnym językiem. Stąd idea narodów i ich państw. Stąd jej konsekwencje, też i takie oto, że ludzie byli mordowani z tej tylko przyczyny, że byli jakiejś narodowości.

Dla innych bliźni to ten, co wierzy w to samo i tak samo jak oni. Ma takie same poglądy. Podziela ich przekonania, na przykład religijne. Stąd idea wspólnoty wynikającej z religii albo z poglądów politycznych, ekonomicznych czy innych. Jesteśmy bliźnimi, bo jesteśmy takiego to wyznania, bo mamy takie same opinie na temat życia i świata. Komunizm, liberalizm, islam, katolicyzm. Ci co inaczej – to nie nasi bliźni. Przynajmniej nie naprawdę. Są obcy, ale łaskawie, chwilowo, tak ich możemy werbalnie i tolerancyjnie określać.

Jest jeszcze inny rodzaj spoiwa, łączności, tożsamości, który łączy ludzi w jedno, tak, że mogą myśleć o sobie: bracia, bliźni, bliscy. Ten trzeci sposób, nie wywodzi się ze wspólnego pochodzenia czy języka, nie polega też na wspólnocie wierzeń, przekonań i poglądów.

On te wcześniejsze kryteria przekracza i unieważnia, bo jest prawdziwy i realny. „Przechodził, obok okradzionego i pobitego Polaka, kapłan katolicki. I poszedł dalej. Przechodził też sąsiad, działacz polityczny i propagator słusznych idei. I poszedł dalej. Przechodził też Niemiec, co był protestantem, a może niewierzącym.  Ten właśnie pochylił się, zapytał co się stało i pomógł pobitemu. Który z nich okazał się bliźnim pobitego?” Tak w dzisiejszych czasach brzmiałaby przypowieść Jezusa o miłosiernym Samarytaninie.

Na Camino można zrozumieć, że prawda o ludziach, o tym co ich łączy, nie leży w ich poglądach, w ich wierzeniach, w ich pochodzeniu. Leży ona, i o tym mówił Jezus, w tym co robią sobie nawzajem. Jacy są dla siebie. Czy przejawiają kąśliwość, zajadłość i obojętność względem drugiego. Czy otwartość, szacunek i chęć pomocy. To Samarytanin, obcy i innowierca okazał się bliźnim napadniętego Izraelity. Gdy Jezus uzdrowił dziesięciu trędowatych, tylko jeden wrócił, by podziękować. I znów nie był to jego rodak ani współwierzący, tylko inny Samarytanin.

Na Camino dowiadujemy się, że braterstwo i wspólnota przekracza pierwotne, plemienne odniesienia. Przekracza też ideologiczne i wyznaniowe ramy. Bo sprowadza się do rzeczywistości działań i postaw wobec innego człowieka.

Nie jest już ważne czy jesteś Amerykaninem, Australijczykiem, Niemcem, Koreańczykiem, Polakiem, Francuzem. Nie jest wcale ważne jakiego jesteś wyznania. Ważne jest, kim jesteś dla ludzi. Z tego powstaje realna wspólnota. To właśnie, nie poglądy czy konkretne praktyki, jest jej materią.

Camino jest tym miejscem, gdzie takiej wspólnoty można doświadczyć. Doświadczyć, to coś o wiele więcej niż zrozumieć czy się dowiedzieć. Bo doświadczyć to znaczy przeżyć, to znaczy dotknąć i być dotkniętym. Czego? Prawdy o tym jak jest. Prawdy o tym, że nie po tym was poznają, że będziecie uczestniczyć w obrzędach religijnych gorliwie. Nie po tym was też poznają, w jakim języku będziecie mówili. Ale po tym, że „miłość wzajemną mieć będziecie”. A to znaczy pomoc. A to znaczy szacunek. A to znaczy wspólną, radość, wysiłek, poleganie na sobie. A to znaczy troskę.

Więc Camino to jakaś wielka kuźnia. Kuźnia chrześcijaństwa. Tego prawdziwego. Tego, które było rewolucją w ustach Mistrza z Nazaretu. Tego ludzkiego, w którym każdy człowiek może się odnaleźć, nawet jeśli myśli, że nie wierzy. Bo Bóg to nie zestaw poglądów. Bo Bóg to miłość. A miłość to działanie. I to jeszcze jedna z nauk, jakie można pobrać na tej cudownej i niezmierzonej drodze do świętego Jakuba w Santiago. Na Camino.

20150709_163337

 

 

Cystersi i Camino

W roku 1098, w którym pierwsza Wyprawa Krzyżowa podbiła Antiochię i zmierzała w stronę Jerozolimy, którą miała zająć 15 lipca następnego roku, opat klasztoru benedyktyńskiego w Molesme, zrażony kształtem życia w tym zgromadzeniu, odszedł by założyć nowy zakon.

Pierwszy klasztor nowego zgromadzenia został ufundowany w Cîteaux w tym samym 1098 roku. Nazwa miejscowości Citeaux w ówczesnej lingua franca, czyli w łacinie, to Cistercium, stąd nowy zakon zyskał nazwę cystersi.

Szybko cystersi stali się jednym z najbardziej rozpoznawanych zgromadzeń zakonnych. Założyli szereg opactw we Francji, m.in. w Marimond w 1115 roku.

Sześciesiąt lat później, w 1176 roku polski książę Kazimierz II Sprawiedliwy sprowadził zakonników z Marimond na swoje ziemie i ufundował opactwo w Sulejowie nad Pilicą. I tak oto powstał klasztor w Sulejowie, który istnieje do dnia dzisiejszego i który można odwiedzić.

Nic o tym wszystkim nie wiedziałem, gdy na wpół przerażony, na wpół zdeterminowany przedzierałem się przez Polskę w kierunku jej zachodniej granicy, by podążać ścieżkami do świętego Jakuba.

Sulejów wypadł przypadkiem. Był w odległości 30 kilometrów od Opoczna, był na zachód, był na mojej drodze. Poszukałem w internecie jakiejś parafii w owym Sulejowie i zadzwoniłem.

20150522_173003

Po krótkiej, męskiej rozmowie usłyszałem: „Tak. Niech pan przyjdzie.” Więc następnego dnia dotarłem do Sulejowa. Nie poszedłem od razu na parafię, do zakonników. Nie. Było popołudnie i świeciło słońce. Kolory niewielkiego kościoła, który stał przede mną były takie, że nie mogłem oderwać oczu. Wszedłem do środka. Cisza. Kilka osób. Czas, jakby się tam materializował, choć przecież nic o tym miejscu wtedy nie wiedziałem.

20150522_185138

Zakonników było dwóch. Uprzejmi ale raczej męscy, czyli – bez wylewności. Msza śliczna. Dostałem obrazek Matki Boskiej, który przeszedł ze mną aż do Santiago.

I to wszystko tam trwa. Od owego 1098 roku, od wyjścia świętego Roberta (opata z Molesme) i założenia w Citeaux nowego zakonu, od zaproszenia tych zakonników i ufundowania dla nich siedziby 800 lat temu w Polsce, aż do dzisiaj.

Sulejów leży na najprostszym szlaku z centralnej Polski ku Zachodowi, do Zgorzelca. Wierzę, że kiedyś będzie miejscem, które odwiedzać będą pielgrzymi. A warto. Bo miejsce to niezwykłe. Zaś zakonnicy… ale to już za długo by było opowiadać 🙂

Aha. Ten kościół. Otóż jest zbudowany, z kamienia, w odróżnieniu od ceglastych świątyni tak często spotykanych u nas. Właściwie to teraz po czasie, dochodzę do wniosku, że jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądają kościoły we Francji, takie kościoły, które mają nie 100, 200, 400 lat ale takie co maja ich dwa razy tyle, to może pojechać albo pójść do Sulejowa. Piękny jest, po prostu.

20150522_172658

 

Droga, którą musiał przebyć św Robert, z Molesme do Citeaux (Cistertium) wiedzie przez Châtillon-sur-Seine, miejscowość przez którą przechodziłem, idąc do św Jakuba.

I tyle jeszcze spraw, zdarzeń, miejsc i losów przeplata się ze sobą, gdy obejrzymy się wstecz, na drogę. Trzeba tylko wyjść, wyruszyć. My też stajemy się jakimś elementem tkaniny czasu i życia, i sami też dokładamy do niej swoje „nici”, ścieżki, kroki, czyniąc ją bogatszą, piękniejszą, ciągle nową…


Więcej o Sulejowie, Châtillon-sur-Seine i innych w książce. Zachęcam do czytania 🙂