Jesteśmy tylko wsadem

Niniejszy tekst nie jest pielgrzymkowy 🙂 Ale ponieważ jakoś tam pozostaje w dalekim związku, zostawiam go. To próba uchwycenia mechanizmu, który niewidoczny, na co dzień, przejawia się w procesach jakie obserwujemy.

Na świecie da się zaobserwować z grubsza dwie tendencje. Tendencję personalistyczną, ja ją nazywam ludzką. I tendencję rynkową. Tendencja „rynkowa” w sferze traktowania ludzi, traktuje ich jak „wsad”. Na przykład kurczaki są takim wsadem. Kupuje się je młode, wsadza się im sterydy, kalorie, antybiotyki. Jak się przewracają od wzrostu masy ciała to się je sprzedaje. Czyli kurczak jest wsadem do procesu uzyskiwania pieniędzy.

Tak i z ludźmi. Procesy „rynkowe” traktują ludzi jak wsad. Wkładają w nich, za pomocą perswazji mediów i kontroli kanałów dystrybucji jedzenie, rozrywkę, wiadomości, reklamy, reklamy, kształtujące ich percepcję i wartości, przekazy i uzyskuje się przychód. Przychód głównie z ich zachowań, decyzji, postaw (np. konsumenckich czy politycznych).

Podobnie w sferze pracy. Płaci się im tak mało jak to możliwe, bo są zasobem, „wsadem”, z którego należy wycisnąć więcej. Czy nie mogą pójść do innej pracy? Mogą. Ale spoko. Po pierwsze ciężko znaleźć. Po drugie wszyscy prowadzą tą samą politykę, bo i ich ktoś z góry, traktuje jako wsad. Wsadem są, tu jednak tylko po części (uwaga na kanwie przekształcenia Salonu24), blogerzy. Piszą teksty, generują ruch, wynika z tego dochód. Trzeba ich zagospodarować w procesie tworzenia „wartości”. Nic to złego. Sam jestem „wsadem”.

Kupiłem dziś w Biedronce (to może wstyd) mandarynki. Bo były po 2,99. Dużymi literami reklama. Potem, już po fakcie, patrzę… a na rachunku są po 4,99. Ki czort? Wracam czytam. No tak. Na dole. Małymi literami uwaga, że to cena przy zakupie min. 1kg. Manager z Biedronki wygrał. Zmyślnie umieszczając informacje, uzyskał większy uzysk z „wsadu” jakim są klienci. Zuch.

Przed nowym rokiem zafundowałem sobie struclę serową firmy Oskroba. Znam to ciasto i lubię, ale nie kupuję często bo zaraz tyję. Lubię je bo jest z serem. Producent dumnie informuje nawet, że chyba 15%. Ta, którą kupiłem, nawet koło sera nie stała. Nie poddałem się, kupiłem w innym sklepie. To samo. Po nowym roku zaryzykowałem z nową serią, termin ważności do 20 I, ser się ponownie pojawił! Manager osiągnął zysk. Ludzie wpie… strucle. Uzysk z ludzi wzrósł.

Nie należy potępiać managerów. Nie należy się krzywić na gospodarujących nami fachowców. Oni nie mają wyjścia. Jak chcą żyć i pracować, to muszą generować zyski.

W świecie „rynku” człowiek tak naprawdę się nie liczy. Jest zasobem w procesach ekonomicznych. Oczywiście, człowiek może na te procesy oddziaływać. Poprzez zmianę dostawcy strucli serowej, poprzez zmianę sklepu, poprzez zmianę stacji telewizyjnej, czy portalu internetowego. Managerowie i właściciele to wiedzą i dbają, by do takich sytuacji nie doszło. Jak? Poprzez ograniczanie pola decyzji ludzi. Poprzez scalanie, ujednolicanie i monopolizowanie kanałów dystrybucji dostarczanych dóbr i usług. Zatem czego? Wszystkiego!

Pół biedy, gdyby mechanizmy rynkowe, traktujące ludzi jako przedmioty, pozostały jedynie w sferze działalności gospodarczej. Nie. Tak się nie dzieje. Ludzie poddani nieprawości. Nieustającym próbom wystrychnięcia na przysłowiowego dudka. Traktowani jak przedmioty przez nagabywaczy, urzędników i wymiar. Po prostu mają dość. I sami zaczynają. Szukać możliwości. Sami traktują innych, jak przedmioty. Sami się zmieniają.

Pytanie jest takie, jak się zachowujemy w stosunku do innych. Czy traktujemy ich jak ludzi czy jak „wsad”? Czy okazujemy im zainteresowanie albo sympatię, wtedy jak mogą coś dla nas zrobić i coś nam dać? Czy też wtedy przestają być dla nas zauważalni? Czy okazujemy im szacunek i zrozumienie gdy powtarzają poglądy, do których jesteśmy przekonani, czy wtedy reagujemy chłodną bądź cieplejszą formą agresji i odrzucenia?

Pytanie jest, jak często patrzymy na człowieka, ze względu na jego jakąś dziwną, nieopisaną, nieokreśloną wartość, a jak często patrzymy na niego przez pryzmat tego, do czego nam się może przydać? Pytanie czy „rynek” już do nas dotarł. Odpowiedź jest prosta. Oczywiście, że tak. Ale… dopiero były święta. Przyszedł na świat człowiek, który oświadczył, że jest Synem Boga. Ba… Bogiem samym.

Tak naprawdę poza Nim, narodzonym 2017 lat temu, nie mamy nic na swoją obronę. Tym wyżej w hierarchii używania wsadu, zdaje się, że jest pięknie. Że dali radę. Że to wszystko prawda. Że to obiektywne prawa rynku, które wszystkim przynoszą korzyść. Nic dziwnego. Te poglądy i przekonania rozpowszechniane są przez media, które należą do tych, co najwyżej, co najwięcej.

Wszystko to razem tworzy jakiś ponury mechanizm. Jakiegoś molocha etykietującego kodem paskowym z trzema cyframi produkty na rynku, traktującego ludzi jak przedmioty i wtłaczającego im w głowy taki sposób traktowania innych, jako naturalny.

Tylko żłóbek nam zostaje. Tylko ta rewolucja, której dokonał Jezus, kiedy każdego najmniejszego człowieka podniósł do nieskończonej rangi: „Bo coście uczynili jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili”. W nim cała nadzieja. Nie pompatyczna. Nie dostojna. Nie uczona. Tylko najbardziej bezpośrednia. Taka, która prowadzi poza, poza samego siebie. W świat, gdzie Bóg, da nam serce nowe. To znaczy stworzy nas od nowa. Tak jak będzie chciał.

Życie to droga

Przed Pirenejami

W 1912 roku Antonio Machado opublikował zbiór wierszy „Campos de Castilla”.  Miał wtedy 37 lat, więc był w tym wieku, gdzie jeszcze niesie człowieka rozpęd młodości, a jednocześnie pojawiają się dojrzałe refleksje na temat życia, ludzi, otoczenia.

W tym zbiorze wierszy opublikowanym 105 lat temu jest i taki, który opowiada o camino. Doczekał się on po latach wersji śpiewanej. Nie jest prosty w odbiorze. Ale chyba wart zapoznania się:

Todo pasa y todo queda,
pero lo nuestro es pasar,
pasar haciendo caminos,
caminos sobre el mar.

Nunca persequí la gloria,
ni dejar en la memoria
de los hombres mi canción;
yo amo los mundos sutiles,
ingrávidos y gentiles,
como pompas de jabón.

Me gusta verlos pintarse
de sol y grana, volar
bajo el cielo azul, temblar
súbitamente y quebrarse…

Nunca perseguí la gloria.

Caminante, son tus huellas
el camino y nada más;
caminante, no hay camino,
se hace camino al andar.

Al andar se hace camino
y al volver la vista atrás
se ve la senda que nunca
se ha de volver a pisar.

Caminante no hay camino
sino estelas en la mar…

Hace algún tiempo en ese lugar
donde hoy los bosques se visten de espinos
se oyó la voz de un poeta gritar
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Murió el poeta lejos del hogar.
Le cubre el polvo de un país vecino.
Al alejarse le vieron llorar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Cuando el jilguero no puede cantar.
Cuando el poeta es un peregrino,
cuando de nada nos sirve rezar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso.

[źródło]

W moim tłumaczeniu wiersz ten brzmi tak:

Wszystko przemija i wszystko zostaje
Przechodzimy przez życie
Wydeptując w nim ścieżki
Ścieżki w wielkim morzu

Nie szukałem nigdy sławy
Nie chciałem też słów moich zapisać
I w ludzkiej pamięci, zostawić na zawsze
Kocham po prostu słowa
Lekkie, delikatne
Jak bańki mydlane

Lubię patrzeć, gdy błyszczą w słońcu,
Kąpią się w czerwieni
Unoszą się w błękicie nieba
Wibrują, drżą i niespodziewanie pękają…

Nie szukałem nigdy sławy

Wędrowcze, droga
to twoje ślady i nic więcej
Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków

Idąc, zostawiasz w życiu ścieżkę
I gdy obejrzysz się za siebie
Zobaczysz szlak
Którego nikt nie przemierzy ponownie

Wędrowcze, nie ma drogi
Tylko ślady na morzu…

Dawno temu, gdzie las
Dziś w ciernie stoi przystrojony
Brzmiał donośnie  głos poety
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

I umarł poeta, od domu daleko
I obca go ziemia przykryła
I gdy wyruszał, słyszano że płakał
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

Kiedy szczygieł nie może już śpiewać
Kiedy poeta jest pielgrzymem
Kiedy modlitwa zdaje się na nic
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem.

Myślę, że wiersz jest warty przeczytania i zasłuchania się. Więc może posłuchajmy:

 

Myślę też, że ten wiersz oddaje tę zapomnianą prawdę, że nasze życie jest drogą, którą przechodzimy. Drogą jedyną. Nigdy już takiej nie będzie. Także pielgrzymkowe drogi, to nie tyle wyznaczone szlaki, znaki, ścieżki, co raczej właśnie te wydeptane trudem, nadzieją, wysiłkiem, skropione potem, jedyne rzeczywiste.

Przechodząc przez świat, przez życie zostawiamy ślady. Tworzymy te cudowne, czasem ciemne, czasem słoneczne, drogi. I z tych śladów, dróg składa się cała rzeczywistość.

Warto tu przywołać Nelsona Mandelę i jego słowa:

„To co się w życiu liczy, to nie prosty fakt, że się żyło. Tylko to, jaką różnicę, zostawiło się w życiu innych”.

Antonio Machiado chyba nie był specjalnie religijny, a jednak i u niego, poeta staje się pielgrzymem. Bo nie ma innego wyjścia. Bo droga pozbawiona celu, rozpada się. Bo wszyscy tak naprawdę dążymy. Do Santiago, do ludzi, do miłości, do Boga. Tworząc nasze jedyne, unikalne drogi. Obyśmy doszli 🙂

Katolicyzm i Camino

Katolicyzm i Camino

Pozornie nie ma sobie dwóch bliższych sobie rzeczy niż katolicyzm i camino. Wszak pielgrzymi idą do grobu św. Jakuba Apostoła. Wszak taka droga wymaga nieporównanie większego wysiłku i poświęcenia niż „zwykłe” formy religijności. Wszak ten grób znajduje się w katolickiej katedrze w Santiago de Compostela i polski, katolicki papież – Jan Paweł Wielki – wezwał do wznowienia ruchu pielgrzymkowego i zainicjował ten współczesny fenomen zachodniego świata, jakim są setki tysięcy ludzi, indywidualnie pokonujących setki kilometrów w drodze do św. Jakuba.

A jednak te dwie rzeczywistości, te dwa „światy”, katolicyzm i camino, wcale tak bardzo nie są ze sobą razem, wcale tak bardzo się ze sobą nie identyfikują. Co o tym świadczy, skąd się to bierze, dlaczego tak się dzieje?

Najpierw warstwa faktów. Europa jest po reformacji i po ateizującej Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jest też po doświadczeniu dwóch przerażających wojen, które przeorały wrażliwość i pojęcie o świecie Europejczyków. Stąd istnieją w Europie szerokie jej połacie, gdzie katolicyzmu po prostu nie ma. Gdzie jedyny budynek kościoła jest zamknięty albo gdzie jest to kościół protestancki. Są tereny i grupy ludności, dla których katolicyzm to wyłącznie papież, którego można czasem zobaczyć w telewizji, poczytać o nim w internecie albo wyjątkowo spotkać, zwłaszcza dawniej, gdy papież – największy pielgrzym wśród współczesnych papieży – przemierzał świat w poszukiwaniu ludzi.

Więc katolicyzm nie jest już najzwyczajniej religią Europy, tak jak to miało miejsce w czasach, gdy pielgrzymowanie do Santiago się zaczynało, w czasach wczesnego średniowiecza. Dziś po ścieżkach camino chodzą i katolicy i ateiści, i protestanci, i buddyści, i ci co nie wiedzą jeszcze kim chcą być, czy gdzie należy ich zakwalifikować. Dziś camino biegnie terenami, gdzie można przez wiele dni nie spotkać katolickiego kościoła czy księdza, bo kościoły zamknięte, bo tereny reformacją przeniesione w protestantyzm.

Czysta zatem, fizyczna, rzeczywstość sprawia, że katolicyzmu dziś z camino utożsamiać tak naprawdę się nie da. Są wzajemne związki. Są one, pewnie najsilniej, w pielgrzymach katolikach, szczególnie tych z Polski.

Następna różnica, innymi słowy niespójność, leży w przestrzeni przeżywania wiary, życia, w sposobie myślenia i zachowania.

W swoim mainstreamie, katolicyzm zachęca do wiary, która polega na jak najwierniejszym i jak najintensywniejszym powtarzaniu gestów, praktyk, myśli, które podaje do powtarzania i myślenia. Nawet emocje są zadekretowane. Katolik na komendę się smuci, cieszy. Na komendę myśli, przeżywa. Najwyższą jego cnotą jest powielanie dostarczonych mu prawd wiary i postępowanie wg zasad, jakie głosi święta tradycja Kościoła. Odradzanym, podejrzanym i groźnym odstępstwem jest własne myślenie o tych sprawach, wtedy gdy różni się od jedynie słusznego.

Camino jest tu odwrotnością tego podejścia. Szczególnie camino w wersji samodzielnej i indywidualnej. Camino jest osobistą podróżą. Gdzie? W sumie do Boga, bo nie da się nigdzie indziej pielgrzymować. Bo nawet ci, co deklarują w niego niewiarę, pielgrzymują by poznać bardziej siebie, by poznać bardziej ludzi, by odnaleźć prawdę. A przecież w tych trzech obszarach to Bóg jest tym, kogo się poznaje, bo on sam stoi u podstaw istnienia, człowieka i prawdy.

Istotą camino jest osobiste doświadczenie, tak jak istotą katolicyzmu jest grupowe powtarzanie zachowań i myślenia. Na camino człowiek staje wobec Boga sam, w katolicyzmie w grupie staje wobec księdza, który „ma klucze do królestwa niebieskiego”.

Katolikom w katolicyzmie brak jest uczucia i doświadczenia. Tego osobistego poznawania i bezpośredniej,  autentycznej drogi do Boga. Pielgrzymom na Camino, brak jest grupowego spotkania w drodze do Boga, współdzielenia modlitwy, bycia częścią jednego organizmu społecznego.

Rozbieżności współczesnego camino i katolicyzmu, te wynikające z uwarunkowań praktycznych i te wynikające z podejścia do religijności, uzewnętrzniają się w postawach ludzi.

I tak większość pielgrzymów (w mojej ocenie 80-90%) nie próbuje nawet po drodze uczestniczyć w obrzędach religijnych, nawet gdy jest po temu możliwość. Najzwyczajniej w świecie nie widzą sensu ani potrzeby. Wyszli na camino by poznawać, wypoczywać w pocie czoła, odkrywać, nawet wyszli by szukać Boga, ale do kościoła, najzwyczajniej w świecie, się nie wybierają.

Kościół ze swojej strony, sprawując pieczę nad grobem Apostoła, wykazuje generalnie brak zainteresowania pielgrzymami. Generalnie, bo są wyjątki. Jest Santiago de Compostela, jest Vezelay, Le Pui. Są księża, którzy pielgrzymom serce i ostatnią szatę oddadzą i to jest kwiat kościoła, jego najcenniejsza część.

Jednak na blisko 30 miejscowości w jakich można zanocować na Camino del Norte, religijne i katolickie elementy spotkałem tylko dwa razy. Chodzi o krzyż, pismo święte czy o zachętę do odwiedzenia kościoła i wzięcia udziału w nabożeństwie. Było to raz w Monte do Gozo, polskim schronisku pod nadzorem polskiego księdza. Dwa, w schronisku prowadzonym przez świeckie stowarzyszenie z Anglii w Miraz. Dużo częściej w schroniskach można spotkać pięknie wydany „Zohar”, a więc podstawowy tekst żydowskiej mistyki i średniowiecznej kabały. Czy coś nam świta? Coś na temat tego jak Kościół zajmuje się pielgrzymami?

Na terenach protestanckich w Niemczech, lokalne kościoły dbają o pielgrzymujących do Apostoła. Utrzymują na własny koszt schroniska, troszcząc się o pielgrzymów i zapewniając im możliwość przenocowania, gdy pogoda zła i po całym dniu człowiek słania się na nogach. Na terenach katolickich niczego takiego już nie ma. Tam katolicyzm jest zajęty sobą, wierzeniem w prawdy, powtarzaniem obrzędów, a nie jakimś tam pielgrzymami.

W Polsce poziom przyjęć na parafii oceniam na jakieś 50%. Z jednej strony to zrozumiałe, bo parafia nie trudni się udzielaniem noclegów, choćby na podłodze w jakimś schowku czy salce. Z drugiej strony przecież „byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie”. Więc…?

Praktyka samodzielnego pielgrzymowania pozostaje dla kościoła katolickiego wyzwaniem. Zagadką, szansą i zagrożeniem. Wyzwaniem i zagadką, bo jest zjawiskiem, którego kościół nie kontroluje, nad nim nie panuje i nie bardzo rozumie. Zagrożeniem, bo narusza podstawowe mechanizmy kościoła, a więc grupowe wierne kopiowanie postaw i sposobów myślenia. Wreszcie szansą, bo to co jest największym deficytem obecnego kościoła, to spotkanie spontanicznej, autentycznej i pochodzącej z przeżycia, relacji z Bogiem.

Więc camino i katolicyzm się spotykają, mają ze sobą wiele wspólnego, ale wciąż nie łączą się ze sobą tak, jak w 1040 roku, gdy być Katolikiem to znaczyło pielgrzymować. Oprócz Rzymu i Jerozolimy, w szczególności do Santiago, gdzie pochowany jest pielgrzym, przybyły ongiś z Jerozolimy. Nie pielgrzymował tam, by odwiedzać kościół. Pielgrzymował, by go zakładać. Te wysiłki jego wtedy, jak nasze często teraz, generalnie przyniosły skromny rezultat. Jednak po wiekach, od iskry zapalonej przez papieża z Polski, dały ponownie dziwny i niespotykany owoc. Setki tysięcy obywateli zlaicyzowanego świata, zmierzające do grobu Jakuba. W poszukiwaniu siebie. W poszukiwaniu ludzi. W poszukiwaniu Boga, którego przyjście, śmierć i zmartwychwstanie, ogłaszał.

———————————————————————–

Link do totalnie niezwykłej jak na warunki polskie, bo szczerej, relacji z 4 miesięcznej pieszej pielgrzymki z Polski do Santiago: https://camino.zbyszeks.pl/droga-pobieranie/

Pieśń wszystkich pielgrzymów – Ultreïa!

Wprowadzenie w 1138 roku w życie postanowień testamentu Bolesława Krzywoustego, dało początek rozbiciu dzielnicowemu Polski i wzajemnym walkom na blisko dwieście lat w kraju nad Wisłą.

Było to czterdzieści lat po zdobyciu Jerozolimy przez I Wyprawę Krzyżową. W tym właśnie czasie, pieczołowicie przepisywany, ukazał się papieski dokument: Codex Calixtinus, poświęcony kultowi św. Jakuba oraz pielgrzymowaniu do Santiago de Compostela. W nim to właśnie zawarte są pierwsze odniesienia do pieśni pielgrzymów.

Ultreïa to słowo pochodzenia łacińskiego, ale nie należące do czystej łaciny. Oznacza „naprzód”, „dalej” i temu podobne. Ponoć pielgrzymi tym słowem właśnie pozdrawiali się w tych wczesnych wiekach Europy.

Warto tę tak niesamowicie dawną piosenkę znać. Mimo albo zwłaszcza dlatego, że jest ona po francusku. Warto, bo tak trochę kontynuujemy drogę dawnych pielgrzymów, dla których pielgrzymka była jeszcze większym wysiłkiem niż dla nas.

Warto ją zaśpiewać, zwłaszcza gdy droga daleka, człowiek wyczerpany, a przyszłość wcale nie jest pewna. Warto ją zaśpiewać, idąc ścieżką wśród pól, wzdłuż ściany lasu, drogą wiodącą w góry.

To piękna piosenka, więc teraz już tekst, moje niezdarne tłumaczenie i przykładowe wykonania:

Ultreïa (French)
Tous les matins nous prenons le Chemin,
tous les matins nous allons plus loin,
jour après jour la route nous appelle,
c’est la voix de Compostelle!

Chorus:
Ultreïa! Ultreïa! Et sus eia!
Deus adjuva nos!

Chemin de terre et Chemin de foi,
voie millénaire de l’Europe,
la voie lactée de Charlemagne,
c’est le Chemin de tous les jacquets!

Et tout là-bas au bout du continent,
Messire Jacques nous attend,
Depuis toujours son sourire fixe
Le soleil qui meurt au Finisterre.

 

Polskie tłumaczenie (moje 🙂

Codziennie rano wyruszamy w drogę
Każdego ranka idziemy wciąż dalej
Dzień po dniu wzywa nas droga
To głos z (Santiago de) Composteli

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

Droga wśród pól. droga naszej wiary
Droga tysiąca lat Europy
Droga Mleczna Karola Wielkiego
Droga wszystkich pielgrzymów jakubowych.

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

I tam, na końcu kontynentu
Czeka na nas święty Jakub
Z uśmiechem na ustach przez wieki
I słońce, które gaśnie w Finisterze

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

A teraz już…  średniowieczna piosenka pielgrzymów!

 

Przydatne linki:

La Chanson du Pèlerin Ultreïa !

Ultreïa!

What does the word ‘Ultreia’ mean?


Książka o mojej pielgrzymce z Polski do Santiago: LINK

Raport nr 4 z rozpowszechniania się „Drogi”

Niełatwe są między nami relacje. Najpierw to była krew, pot i łzy przy tworzeniu ponad tysiącstronicowej relacji. Potem zachwyt i ekstaza, że się udało. I ogromne nadzieje na przyszłość. Że wydadzą. Że poznają się. Że przecież… wiadomo, co w środku. Dalej przyjemny okres, burzliwego dość, rozpowszechniania się i wreszcie przyszła jesień, a potem zima.

Nikt cię nie chce, moja „Drogo”, z tych wielkich, usytuowanych, wyposażonych. Siedzą wysoko w swoich fotelach, na swoich pozycjach, zajęci przesypywaniem tego, czego ich nauczono. Czyż mogę mieć do nich pretensje? Pewnie, że mogę. Tyle, że to byłoby głupie. Po prostu głupie.

A jednak. A jednak ciągle nie możesz się skończyć. Ciągle ktoś cię czyta, podzieli się opinią o wrażeniach z lektury. I ciągle – ile razy można powtarzać „ciągle”? – są to wrażenia bardzo pozytywne.

Więc, choć już miałem o tobie zapomnieć, odłożyć cię na półkę z napisem „zapomnienie” albo tą z tytułem „odrzucenie”, ciągle do mnie wracasz. Czymże jesteś? – chciałbym zapytać. Bo droga to przecież coś niepomiernie więcej, niż droga po prostu. To coś „tak dużo”, że nie sposób opisać, ani wypowiedzieć. Może to nić życia, którą dane mi było, jakoś poprzez czas, emocje, zdarzenia i czynności wpleść w to życie przez duże „Ż”. Jak każdemu z nas zresztą.

Byłem w drukarni. Najpierw rozpoznanie zdalne, teraz wizyta techniczna. Tak można wydrukować. Tysiąc stron na jedną książkę?
– Nie ma mowy – kręci głową drukarz/wydawca – rozleci się.
– Nawet jak szyta?
– Nawet jak szyta.
– To co?
– To muszą być dwa tomy po pięćset.

Więc generalnie to jest do zrobienia. Serio. To możliwe. Cena za książkę w grubej oprawie i szytą a nie klejoną, taką na 500 stron, to 45-60 zł. przy małym nakładzie.  Może coś się da taniej, bo to pierwsza oferta.  Wiadomo. Książka z dwóch tomów, to by było 90-120 zł. Są ceregiele z watem i egzemplarzami obowiązkowymi. Ale może na święta? Choć to już późno.

Więc mógłbym poprosić potencjalnych czytelników o deklaracje czy chcą i potem przyjąć wpłaty. Byłoby zapotrzebowanie i finansowanie. Drukarnia spokojnie wydrukuje za te pieniądze. Byłaby realizacja. Ale tu pojawia się problem. Bo trzeba by ludziom, tę książkę sprzedać. A to transakcja i działalność gospodarcza. Partyzantka tu odpada. Więc koszt w postaci choćby ZUS. To nie dla mnie.

Więc mam kłopot ze stroną transakcyjną. Konstruktywne podpowiedzi mile widziane.

Chodzi mi też ciągle po głowie audio. Ale to na później. Bo trzeba by jakiś porządny mikrofon. A który porządny? A ile to? I tak dalej. I temu podobne.

Więc nie odkładam „Drogi” na półkę. Zawsze proszę i apeluję o jej polecenie, rzecz jasna tylko wtedy jak sama do siebie czytającego przekona. Jest to jedna z tych rzeczy, które zrobiłem w życiu, że gdy sobie o niej pomyślę, to się uśmiecham. To chyba jednak dobrze…

Na koniec liczby.
Ilość pobrań darmowych: 1 274
Ilość osób pobierających:     700  (szacunkowa)
Ilość recenzji po przeczytaniu całości: 5
Ilość dotacji: 4
Ilość zakupów ebooka: 8   (cena jest trochę zaporowa: 45 zł)
(większość i tak zjadają podatki i koszty dystrybucji)
Ilość informacji o tym, że książka jest czytana jest spora ale już już jej nie liczę.

Tak szczerze mówiąc to podziwiam ludzi, którzy tak długą książkę czytają w postaci elektronicznej. Wierzę, że „Droga” ukaże się drukiem.

Strona do deklarowania chęci nabycia „Drogi” drukiem już jest i działa. Można za jej pomocą taką chęć wyrazić. Jak chętnych nie będzie, to kłopot z głowy 🙂 Jak będą, to będzie doping, by jakość ten podmiot przeprowadzający transakcję znaleźć i całość doprowadzić do skutku. Zysk w każdym przypadku 🙂

Camino czyli moja Polska w Europie – cz.2 Francja, Hiszpania

Schengen

Schengen

Gdy wchodziłem do Francji było 39 stopni w cieniu. Na dodatek miałem tego dnia przypadłość powodującą ostre odwodnienie. Szedłem przez Schengen. Symbol otwartych granic w Europie. Małe miasteczko, niczym się nie wyróżniające. Poza tą nazwą, która zniosła szlabany.

Doszedłem tego dnia do Koenigsmacker. Pierwszy zamierzony nocleg we Francji. Na parafii w Koenigsmacker proboszczem był polski ksiądz. Niestety. Na moje uporczywe moje dzwonienie odpowiadała niema cisza, sącząca się z budynku parafii. Więc sobie poszedłem. Szedłem wzdłuż szosy, nocą, coraz bardziej wyczerpany. W końcu położyłem się na jakimś ściernisku kilka metrów obok drogi. Strasznie chciało mi się pić.

Drugiego dnia, idąc, desperacko szukałem sklepu czy miejsca gdzie mógłbym nabrać wody. Na próżno. Dostrzegłwszy na jednej z posesji staruszkę o siwych włosach, zacząłem swoje nieudolne:
– Pardon. Pardon!
Kobieta podeszła do furtki i dłuższą chwilę patrzyła bez zrozumienia, na moje wysiłki, by po francusku powiedzieć, że chce mi się pić. Odeszła. Gdy wracała miała w ręce butelkę wody mineralnej. Na koniec powiedziałem już w swoim języku:
– Dziękuję.
– O! Dziękuję!? – podniosła oczy staruszka. – Ja rozumiem!

Coś mi się wtedy stało. Jakieś uczucie, jakaś emocja, której nie sposób słowami opisać przeszyła mnie na chwilę. To było pierwsze spotkanie z Polską we Francji.

Tego dnia, drugiego we Francji, nocowałem u księdza Wiesława w Metz. Było pięknie, nawet żurek. To tam po raz pierwszy wpadłem na to czym się różni Francja, Polska i Niemcy.

Potem „polskie” ulice i place w niewielkich francuskich miejscowościach, jak na przykład Place de la Pologne w Roquefort.

Roquefort

Roquefort

Ale najbardziej chyba uderzyło mnie spotkanie z Maurice i Odette. Mieli wiele więcej lat niż ja. Mówili po francusku i niemiecku. I nagle Maurice zaczął po polsku. Zaledwie kilka słów. Ale… skąd on je znał???

We Francji jest Polski chyba więcej niż w Niemczech. Jest ta Polska trochę we francuskim zachowaniu, w pewnej lekkości i spontaniczności. Jest w nazwach ulic. Jest w polskich duchownych. Jest, choć tam nie byłem, w grobach wielkich Polaków. Jest we Francuzach. Jest ta Polska we Francji, też z tego powodu, że ja tam jestem. I zawsze będę. Bo Francuzi ujęli moje serce. I są moimi przyjaciółmi. Nie. Nie w głupi emocjonalny, pozbawiony rozsądku sposób. Ale w sposób ludzki. Głębszy niż racjonalne rozumowanie, a jednocześnie prostszy.

Pewnie też długie lata polskiej emigracji, jakoś na to wszystko wpłynęły, tak że Polsce do Francji nie jest daleko. Że Polska we Francji jest. I samotny Polak wędrujący przez ten największy w Europie kraj (na zachód od Bugu) znajduje tu echa swojego domu i nie czuje się tu wcale obco.

Ulica Fryderyka Chopina

Ulica Fryderyka Chopina

W Hiszpanii to jednak Monte do Gozo i „polska” albergue dla pielgrzymów. To jest instytucja. To jest znak. To jest symbol polskości. Tu są polscy gospodarze, tu jest polski ksiądz, tu można pójść na polską mszę (czasem i w Santiago).

Monte do Gozo

Monte do Gozo

Ale w Hiszpanii, Polska to właściwie Polacy, a najczęściej polscy pielgrzymi. Choć napotkałem np.  polskie małżeństwo na poczcie w Portugalette. Pomogli mi wysłać paczkę do domu. Serdeczność i pomoc, ot… Polska.

Polskich pielgrzymów na ścieżkach Camino, spotyka się całkiem nieoczekiwanie. W kolorowej mozaice narodów i kontynentów, zawsze się wyróżniają. Czym? Religijnością. Dojrzałością. Otwartością.

Widziałem ich idących pieszo, spotykałem jadących na rowerach. Nie zapomnę pięknego spotkania z dzielnymi rowerzystami Włocławka.

Zdjęcie ze strony https://kujawynarowerze.pl/?p=283

Zdjęcie ze strony https://kujawynarowerze.pl/?p=283

Jechali aż z Polski. Ja szedłem w towarzystwie krajanki – Agaty. I nieoczekiwanie… trzech rowerzystów z Polski! I ta polskość wtedy wybucha. Pojawia się. Jaśnieje. W uśmiechach. W serdeczności. W brzmieniu języka. Jesteśmy poza domem, poza krajem, poza kręgiem bezpieczeństwa. Odnajdujemy się na obczyźnie. Ale gdy odnajdujemy się nawzajem, to ta Polska, która nas wychowała, która nas ukształtowała, pojawia się z całą siłą. I jakoś tak dumni jesteśmy. Żeśmy Polakami.

Specjalna uwaga należy się polskiej młodzieży. Wiem, ja się do niej nie zaliczam, podobnie jak część z napotkanych polskich pielgrzymów. Nie wiem czy to sprawiedliwie czy nie, czy to wypada czy nie wypada, ale muszę oddać szacunek młodym Polakom.

Nie spotkałem podobnych młodych ludzi. Równie pięknych, duchem i ciałem.  Równie dojrzałych. Równie odpowiedzialnych. Równie mądrych. Równie spontanicznych. Równie prawdziwych.

To jest prawdziwy kwiat narodu polskiego i jego wielka nadzieja na przyszłość. Nie mają naszych (ludzi dojrzałych) wad. Mają za to wszystkie zalety. Aż serce we mnie rośnie, na wspomnienie Staszka, Agaty czy Justyny. Czy wielu innych jakich spotkałem na drodze do Santiago. Wyróżniają się na tle młodzieży innych narodowości. Nie będzie im łatwo. Bo u nas nie jest łatwo. Jednych to łamie. Innych hartuje. Taki nasz już los, Polaków. Że się zmagamy.

I na koniec wypada oddać co należne największemu apostołowi polskości w świecie, a więc i we Francji i w Hiszpanii. Jan Paweł Wielki, bo o nim mowa, to znak. Znak narodu polskiego wobec wszystkich innych. I wierzcie mi, znak który został właściwie odebrany.

Grafika ze strony: https://www.swjakub.pl

Grafika ze strony: https://www.swjakub.pl

Taką estymą jaką cieszy się nasz papież, nie cieszy się chyba żadna postać w krajach przez jakie szedłem. Na wspomnienie i przypomnienie papieża Polaka, szacunek okazują Francuzi i Hiszpanie i nawet Niemcy. Jego pomniki, rozsiane po tych krajach, dekorują pamięć społeczeństw i narodów. Jego popiersie w katedrze w Santiago de Compostela przypomina, że to on zainicjował ten cudowny fenomen, ponownego pielgrzymowania do grobu świętego Jakuba. To papież Polak, przywrócił ludziom szalki pielgrzymkowe przez Europę. To jego, bożym natchnieniem kierowane, gesty i czyny, sprawiły, że ludzie z całego świata idą.

Idą, żeby poznać siebie samych. Żeby poznać siebie nawzajem. Żeby odkrywać Europę. Swoją własną tożsamość. I w końcu, choć nie zawsze są tego świadomi, żeby odkrywać Boga. Bo każda prawdziwa pielgrzymka do Niego samego prowadzi. Do tego szczęścia i spełnienia. Do tej mety i do tej Nieskończoności, która wzywa, która u ludzi budzi „zew”, przynaglający ich do wyjścia z domu, do szukania, tego co jest bardzo blisko. Ale żeby to odnaleźć, warto wyjść. Warto ruszyć. I okazuje się, szczególnie w przypadku Polaków, że niczego się nie gubi, a Polskę spotyka się ciągle w Europie. Bo to jeden dom. Szarpany czasem waśniami, ale dom, który swoim pielgrzymowaniem, pielgrzymi scalają na nowo.

 


Wszystkiego więcej i dokładniej w mojej „cudownej” książce (ech… wiem, że przesadzam, a może nie?), wiem wszystko, mimo to polecam, proponuję, zachęcam, namawiam, reklamuję. Bo to „coś innego”. Bo żadna instytucja, ani grupa tego nie poleci, bo to na przekór, bo to prawdziwe:

https://camino.zbyszeks.pl/droga/

Camino czyli moja Polska w Europie – cz.1 Niemcy

Bałem się gdy przekraczałem zachodnią granicę Polski. Bałem się, bo nigdy nie byłem w krajach, przez jakie miałem przejść: Niemcy, Francja, Hiszpania. To wszystko było dla mnie obce, właśnie takie – obce.

Nauczony życiem, w stosunku do obcych spinałem się, w stosunku do Niemców, generalnie miałem jakiś uraz. Popołudnie spędzone w Görlitz, jeszcze bardziej mnie przeraziło, bo spotkałem ludzi, którzy nie mówią po polsku ani po angielsku, banki, które nie obsługują mojej karty płatniczej i w ogóle wszystko dziwne i niezrozumiałe, a miałem tylko plecak, niewielką kwotę euro i wielki obcy kraj przed sobą.

Pierwszy szok przeżyłem  w Weißenberg, 30 kilometrów od granicy z Polską. Przeżyłem go, gdy zaproszony na niemieckie party urodzinowe, usłyszałem jak Niemka zaczęła śpiewać „Szła dzieweczka do laseczka”.

O kurcze – pamiętam tą swoją reakcję – to ta moja Polska jednak i dla nich ma jakąś wartość! Nauczyłem tam Niemców śpiewać „Sto lat” i to był taki pierwszy dla mnie przebłysk polskości w Niemczech.

30 kilometrów dalej był Budziszyn. I znów zaskoczenie. Zapytani przeze mnie mężczyźni w kościele, na dźwięk języka angielskiego otworzyli szeroko oczy i kręcili głowami, że… nie rozumieją.

– A może po polsku?  – zapytał z nadzieją w oczach jeden z nich. – My rozumiemy polski – dodał, widząc z kolei moje zdziwienie.

Popołudnie spędziłem wówczas na herbacie u Serbołużyczanki, która płynnie mówiła po polsku. – Za komunizmu, zawsze jeździliśmy do Polski. Tam było inaczej. Jakoś tak więcej wolności – opowiadała.

Język serbsko-łużycki ma sporo podobieństw do polskiego, stąd nazwa ulicy (są dwujęzyczne) to  „Lipowa aleja”.  Stąd nad bramą wjazdową do posesji jest krzyż i hasło „We Bohu je moja nadzijja”.

Polskę w Niemczech spotkałem dalej dopiero w części zachodniej. Spotkałem ją w osobach polskich księży sprawujących swoją posługę na niemieckich parafiach. Polscy księża za granicą to w ogóle odrębne i piękne zagadnienie. Są szanowani i poważani. Są takimi trochę ambasadorami Polski. I w każdym z nich, jest polskość, a co to jest polskość?

Polskość to serdeczność. To swoiste ciepło charakteru. To też pewien pietyzm dla wartości. To naturalność w zachowaniu. To odblask wolności połączonej nieodłącznie z poczuciem własnej godności. Polskość to coś pięknego, coś czego najsilniej pewnie można doświadczyć z daleka od Polski. Za jej granicami.

Polskich księży w Niemczech spotkałem trzech. Każdy z nich swoją serdecznością zaskarbił sobie moją wdzięczność. I gdy tak siedzieliśmy wieczorami, to jasne było, choć nikt tego nie powiedział – że tęsknimy. I w tych rozmowach i w naszej obecności, Polska się pojawiała.

W Frankfurcie nad Menem spodobały mi się barwy tego miasta i jego godło. O ile nasze województwo dolnośląskie ze swoją stolicą Wrocławiem, za barwy obrało sobie kolory żółto-czarne, a godłem jego jest czarny orzeł na żółtym tle, o tyle barwy Frankfurtu nad Menem są… tak tak, biało-czerwone! A godłem jest biały orzeł w koronie na czerwonym tle.

We Frankfurcie jest też polska parafia katolicka, a w niedalekim Wiesbaden jest Polska Misja Katolicka. Spotkałem tam też, po prostu na ulicy, polskie małżeństwo z małym dzieckiem. Przyjechali do pracy w Niemczech i już tam zostaną. Mówili, że jest wiele takich przypadków. To spotkanie mnie ucieszyło, fakt tej nowej emigracji z kraju… już mniej. Młody Polak we Frankfurcie zaproponował mi nocleg – to też „polskie” takie.

20150627_175750

Więc to nie jest tak, że Polska jest zamknięta w granicach kraju nad Wisłą. Polska jest w Europie nie tylko geograficznie, ale jest w niej organicznie. Przez swoją kulturę, przez Polaków, których można spotkać. Przez instytucje, szczególnie te Kościoła Katolickiego.

We Francji było jeszcze ciekawiej, ale to już… temat na następny odcinek 🙂


O wszystkim zaś, tylko o wiele mocniej :),
w mojej książce o tej pielgrzymce.

Camino i narodowości czyli spotkania z ludźmi

Mont de Marsant - France

Mont de Marsant – France

Nie wiem zupełnie, z kim teraz, dzisiaj chciałbym się najbardziej spotkać z tych, których spotkałem na Camino.

Chyba najbardziej chciałbym się spotkać z Takahashim. Dziwna była ta nasza znajomość i trochę niezwykły, w swojej zwykłości, był ten Japończyk. Niewylewny, mówiący powoli. Zawsze spokojny. Jadł tyle, co kot napłakał.

A jednak rozmowy między nami, były chyba, pomimo niewielu słów, najbardziej szczere i na swój sposób głębokie. Odarte z całego tego uroczego tła, z błyskotliwości sformułowań, z emocjonalnego falowania, jakoś tak – byliśmy prawdziwi. Chciałbym go zobaczyć, jeszcze raz. Trochę pójść razem. Wieczorem usiąść, przy winie albo przy herbacie i… opowiadać, jak jest.

W ogóle to wypada potwierdzić, że nacje, narody mają swoje charaktery. I to, gdy się spotyka tych ludzi, widać. Niemcy na przykład są konkretni. Po prostu. Jest takie pojęcie, szczególnie w sferze zawodowej, merytoryczność. Tacy są właśnie Niemcy. Nie ma „to tamto”. Są konkrety. Konkrety, które rozwiązują problemy. Konkrety, które ułatwiają życie. Konkrety, które stawiają na nogi rzeczy, które emocje, lekkomyślność czy niedbalstwo, stawia czasem na głowie.

Francuzi smakują życie. Po prostu. Są zapatrzeni w piękno i urodę. „Francja elegancja” to nie jest pusty slogan. Gdy spocony i wymięty siądziesz na betonie pod marketem i będziesz wcinał z pozłotka najtańszy ser, bo na taki było cię stać, to od wchodzącego do środka Francuza usłyszysz…. co? – „Bon appetit”!

Włosi są optymistyczni i weseli. Świetnie się z nimi rozmawia. Nie zwracają uwagi na wiele. To dobrzy kompani i towarzysze. Szczególną grupą są Azjaci. Faktycznie wyróżniają się na tle innych narodowości czy grup społecznych.  Gdy pomożesz komuś z Europy albo Ameryki to podziękuje ci z uśmiechem. Gdy zrobisz to samo w stosunku do kogoś z Azji, to zrobi on(a) wszystko, żeby ci się zrewanżować. Są uprzejmi, skupieni na tym, co robią. Chyba trochę patrzą na nas, Europejczyków z podziwem.  Spotykałem Japończyków, Koreańczyków i jednego Chińczyka. Ze wszystkimi dawało się wejść w dobry, szczery kontakt. I nawet w tej szczerości byli, choć nie wylewni, to właśnie uprzejmi. Jakby znaczenie miało dla nich to, jakie wrażenie robią na kimś drugim, jaki ślad w innych zostawia to, co robią i mówią.

Amerykanie to wieczne dzieci. W tym pozytywnym sensie tego słowa. Jakim sensie? W takim, że wszystko chcą poznawać. Że wszystko traktują jako równe sobie, także innych ludzi. W tym, że nie mają żadnych uprzedzeń. Są bardzo otwarci i tu, w Europie, też chyba są pod jej urokiem i wrażeniem. Z Amerykanami warto coś robić, razem iść. Są przedsiębiorczy, tacy… „do przodu” i często się uśmiechają.

W Hiszpanach jest jakiś ból. Zupełnie nie wiem jak to wyjaśnić, bo przecież ze wszystkich narodowości Hiszpanie najlepiej się bawią i są mistrzami świętowania i radości. A jednak, gdzieś poza kurtyną uśmiechu, szaleństw ich fiesty, gdzieś może nawet z tyłu ich świadomości, jest jakaś igła. Jakiś smutek. Jakaś rana. Są w tym podobni do Polaków. U nas też takie zranienie da się czasem zauważyć. Może to ta ich wojna domowa, ciągle gdzieś w nich jest? Hiszpanie przeciw Hiszpanom i krew, i dziesiątki albo setki tysięcy nawzajem się zabijające? Może to echo klęski pod Gravelines, która kończyła sen o potędze Hiszpanii, a rozpoczynała dominację Wielkiej Brytanii.

Więc w tej radości Hiszpanów, w tym ich uroczym zapamiętaniu, gdy oddają się zabawie, jest jakieś echo smutku. Czegoś co boli. I w Polakach też to jest. To poczucie zranienia. Te sto pięćdziesiąt lat, nie dość, że braku państwa to klęsk zrywów powstańczych.

Z kim dzisiaj chciałbym się spotkać, po tych wszystkich miesiącach jakie minęły od Camino? O Takahashim już pisałem. Więc z kim jeszcze?

Pewnie z Willeke, niesamowitą strażaczką z Holandii, z którą szedłem kilka dni przez południową Francję. Bardzo dobrze się nam rozmawiało i było ze sobą. Na trasie i wieczorem, przy stoliku, gdy makaron z oliwkami.

Chciałbym się spotkać z szeregiem Francuzów. Wpaść znów do domu Maurice i Odette, wypić tam szklankę zimnej wody, podziwiać, że Maurice zna trochę słów po polsku. Pewnie uściskałbym ponownie Noel i porozmawiał z Claudie. I chciałbym odwiedzić jeszcze długi, szereg Francuzów i Francuzek, bo to dobrzy ludzie. Bezpośredni i jakoś tak, piękni.

Chciałbym na pewno wypaść tuż za granicę. Ledwie 30 kilometrów i usiąść znów z Günterem i jego przyjaciółmi. Śmialibyśmy się i gadali jakby nigdy nic. Jakby wczoraj było dzisiaj. Jakby Polaków i Niemców nigdy nic nie dzieliło. I tylu innych Niemców wspominam pozytywnie. Nie, nie są jak Francuzi – bezpośredni i romantyczni. Nie są jak Hiszpanie skorzy do zabawy i otwarci jak Amerykanie. Ale ich, Niemców, konkretność jest nakierowana na ludzi. I dobrze ich mieć jako sąsiadów, choć dawniej wcale tak nie myślałem.

I na koniec chciałbym spotkać moich polskich przyjaciół. Wbrew pozorom, to właśnie na wspomnienie ich postaci jakoś tak najbardziej… czuję. Nie wiem właściwie dlaczego. Na zupełne wyróżnienie zasługuje tu polska młodzież. To wciąż nierozpoznany nasz atut, skarb, potencjał. Młodzi Polacy, takie jest moje zdanie, przerastają młodzież wszystkich innych nacji. Swoją dojrzałością i mądrością, swoim patriotyzmem, swoją umiejętnością czynienia wszystkiego wokół – jaśniejszym.

Więc teraz dopiero widzę. Że ci wszyscy ludzie spotkanie przeze mnie, ciągle jakoś ze mną, we mnie, są. Że zostawili swój trwały ślad. I pewnie ja w nich także. To jest taka nauka, z tego pielgrzymowania do świętego Jakuba, że wszyscy sobie jesteśmy pisani. Że możemy się nawzajem wzbogacać, wspierać, radować, być dla siebie. To doświadczenie z niczym nie porównywalne, bo świat nam oferuje rywalizację, atomizację, apoteozę egoizmów. Tymczasem jesteśmy dla siebie i różnice między ludźmi to sama pycha. To coś, co nam przynosi uśmiech, co czyni życie bogatszym, kolorowym. Co pozwala z uśmiechem powiedzieć – warto jest żyć.


(c) Copyright Zbigniew Ściubak 2016