Archiwa kategorii: Rozważania

Wolne myślenie na tematy religii i duchowości

Czy wolno nam jeszcze nie nienawidzieć?

Czy wolno nam jeszcze nie nienawidzieć, nie okazywać pogardy? Czy będziemy karani? Odrzuceniem, wyzwiskami, pogardą, tak już wszechobecną, że staje się naturalnym, ludzkim niemal sposobem postrzegania rzeczywistości i innych ludzi. Czy wolno jeszcze nie nienawidzieć „kanalii i morderców” z PO i zasługiwać na miano patrioty? Czy wolno nie gardzić „małym chorym z nienawiści dyktatorem” i zasługiwać na miano Europejczyka i Polaka? Czy wolno ostatecznie nie gardzić wszystkimi tymi ludźmi na raz, jak doradza nowo powstała, jedynie szlachetna partia „Wkurwu”?

Czy może już zostaliśmy przybici do nienawiści, jako jedynej drogi „prawdziwego człowieka”? No bo przecież nie możesz nie nienawidzieć tak złych ludzi! Masz prawo! To twój niezbywalny i najświętszy obowiązek! Tak oto materializuje się powoli fałszywa – choć teraz realna – twarz Polski. Ludzi egoistycznych, zamkniętych, udających chrześcijan. Tak oto moja Polska staje się kwintesencją antychrześcijaństwa, postawy mieszczącej się na antypodach tego, o czym uczył Jezus.

Ale to dlatego, że jesteśmy na drodze do lepszego celu. Ta Europa, ta suwerenna Polska, to uwolnienie od złych polityków, to wszystko wymaga naszej pogardy dla wroga, który okazuje się być, naszym sąsiadem, człowiekiem, który ma swoje problemy, który prezentuje – nie oszukujmy się, podobnie jak my sami – egoistyczne postawy, który owszem bywa zły i robi błędy, teraz będziemy liczyć kto więcej? Więc ten szczytny cel, wymaga – by go osiągnąć – naszej pogardy i nienawiści, tak nam suflują kapłani tych emocji. Wcale nie tylko politycy, także i ci, co fałszywie teraz mówią, ze doszliśmy do ściany, gdy przecież sami pchali siebie i innych do niej.

Co teraz? Czy im też należy się pogarda? Czy ugiąć się pod tą nawałą szatańskiego egoizmu i nienawiści merdającej do nas ogonem, zachęcająco podpowiadającej, że jest drogą do zwycięstwa? Może po prostu zmienić punkt widzenia? Miejsce przyłożenia wzroku. Może uwierzyć. Bogu. Dobru. Że nie oślepniemy na zło od tej wiary, że zachowamy rozsądek, że jednak wyjdziemy z tej cholernej nocy, co nam tu ją mącą mąciciele, i choćby w tych, co nam dane, czynach i relacjach z ludźmi, będziemy w „dniu” a nie w „nocy”.

A tu piosenka do wiersza Edwarda Stachury na temat „dnia”, ale co nas obchodzą wiersze poety, gdy tak „ważne” rzeczy się dzieją, ech…:

Trzy drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista

20150728_084752

Celem chrześcijanina jest jego własne szczęście. Chce pójść do nieba, a to oznacza, że chce być szczęśliwy. Egoista też chce własnego szczęścia. Zrobi wszystko, by je osiągnąć. Poświęci wszystko i wszystkich.

Jeden i drugi chce dokładnie tego samego. Jeśli egoizm jest dążeniem do własnego szczęścia, to chrześcijanin jest egoistą. Jaka jest więc różnica między tymi dwoma typami ludzi, między tymi dwoma postawami? Czy może to jest jedna i ta sama postawa występująca w dwóch „formach”, „otoczkach ideowych”?

Różnicą jest metoda. Choć cel jest ten sam – dobro własne, doświadczenie szczęścia, to różna jest droga do tego celu.

Chrześcijaństwo polega na utracie siebie. Siebie można odnaleźć, uratować wyłącznie siebie tracąc. Zostawiając siebie za sobą i wyruszając w kierunku Dobra, w kierunku Miłości, w kierunku Boga. Taki człowiek zostawia literalnie wszystko: każde swoje pragnienie, każde swoje oczekiwanie, każdą swoją myśl i w centrum swojego wzroku i swojej uwagi stawia Boga. Jest drogą do Boga i na tej drodze traci siebie samego.

Wszystkie przykazania, nakazy i zakazy są wobec tej postawy sprawami całkiem wtórnymi i bez większego znaczenia. To właśnie powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa.” I też: „Będziesz kochał Pan Boga swego z całego serca swego, z całego umysłu swojego, ze wszystkich sił swoich”. Nie jest to metafizyczna parabola znaczeniowa, tylko konkretny przepis do stosowania.

Egoista, w odróżnieniu od chrześcijanina, chce siebie uratować i zachować takim, jaki jest. Ceni siebie takiego, jakiego zna albo takiego jakiego chce i chce siebie takiego właśnie ochronić, powiększyć, wzmocnić. Uwaga egoisty jest skoncentrowana na nim samym, gdy uwaga chrześcijanina jest skoncentrowana na Bogu i bliźnich.

Chrześcijanin chce uszczęśliwić siebie poprzez utratę siebie i wierzy, że Bóg go „odtworzy”, zbuduje na nowo, większym, szczęśliwszym, pełniejszym. Egoista chce uszczęśliwić siebie poprzez zachowanie siebie. Pomysł, że miałby siebie wyrzec jest dla niego absurdalny, bo miałby się wyrzec tego, czego pragnie – siebie samego.

Chrześcijanin jest wiecznie „w drodze”. W drodze utraty siebie, w drodze do Boga, w drodze do odnalezienia siebie na nowo. Egoista jest wiecznie w tym samym miejscu, jest „u siebie”. Wzmacnia ściany swojego „ja”, obudowuje je cegłami, oblewa się cementem, chce być niezniszczalny w środku. Jest ciągle w miejscu, które chce posiadać.

Nie należy popadać w błąd. Zarówno chrześcijaństwo jak i egoizm dają człowiekowi pozytywne odczucia. Dają satysfakcję, poczucie „przyjemności”, spełnienia. Dają doświadczenia odbierane jako przyjemne. Dają to, czego człowiek potrzebuje – odczucie szczęścia.

Możemy zjeść jakiś specjalny dla nas owoc. Każdy pewnie pamięta, taki niezwykły smak i wszystkie doznania jakie się z nim wiązały. Dla mnie to była dojrzała w słońcu, nagrzana nim, zerwana wprost z drzewa francuska brzoskwinia. Nie do opisania. Możemy też wstrzyknąć sobie heroinę. (Ponoć) Wrażenia są nie do opisania.

Ewa zjadła zakazane jabłko w raju i poznała, że „dobre”. Egoizm daje bezpośrednie poczucie niezwykłej przyjemności i spełnienia. Gdy się go spróbuje, człowiek staje się uzależnionym od niego i staje się egoistą, tak jak po heroinie człowiek staje się heroinistą. Zmienia się przede wszystkim jego postrzeganie „I otworzą wam się oczy”. I uczciwie mówiąc – nie widzi – innej możliwości życia.

Jednak przyjemność płynąca z egoizmu i z heroiny ma swoje „przeklęte” konsekwencje. Konsekwencje straszne. Konsekwencje określane w języku religijnym jako „piekło”.

Egoistą można być także, będąc człowiekiem szalenie religijnym. Uczestniczącym gorąco i często w obrzędach. Wyznającym głośno i publicznie. Walczącym o religię. Taki człowiek po prostu już „ZNALAZŁ”. Myśli, że „WIE”. To jego przekonanie sprawia, że donikąd tak naprawdę już nie zmierza. Widzi siebie jako dobrego, bo przecież się modli, bo przecież wierzy, bo przecież chodzi, bo przecież przestrzega przykazań i wszystkiego robi więcej niż inni. Więc JEST dobry. Więc chodzi mu o to, by takiego siebie zachować, utrzymać. I to może być właśnie droga do piekła, to jest do zamknięcia się na sobie.

Bo taki człowiek, zaczyna lekceważyć innych. Nie szanować innych. Potępiać innych. Zamiast swoją wolę porzucać w drodze do Boga, swoją wolę chce utrzymać i narzucać innym ludziom.

Taki człowiek swojego dobrego samopoczucia nie czerpie z relacji z Bogiem, tylko z upewniania się za pomocą obrzędów, że jest dobrym człowiekiem. Bycie zaś dobrym rozumie jako walkę z tymi, co inaczej postrzegają życie i jego zasady, rozumie ją, jako potępianie innych.

Jest jeszcze trzecia postawa, trzeci typ ludzi. Rzadko spotykany, bo jakoś ostateczny. To ludzie, którzy szukają nieszczęścia. Których „cieszy” niszczenie, których pasie śmierć i destrukcja. Którzy przyjemność czerpią z przyczyniania się do rozpadu i upadku, także samych siebie. To – nihiliści. Ostatnie stadium egoizmu, w którym dla przeprowadzenia własnej woli człowiek ma tendencję, by niszczyć świat, innych i samego siebie.

Tak więc chrześcijanin, egoista i nihilista to trzy drogi. Właściwiej byłoby powiedzieć o pierwszej – człowiek. Bo być człowiekiem to przekraczać granice w drodze do celu, to być w drodze, to poszukiwać. Takimi właśnie ludźmi byli zawsze Europejczycy. Byli takimi, gdy wychodzili na liczące tysiące kilometrów pielgrzymki. Byli takimi, gdy wyruszali odkrywać nowe światy. Byli takimi, gdy na uniwersytetach szukali prawdy i mądrości. Byli takimi, gdy jak św. Franciszek popadali w szaleństwo miłości do Boga.

Teraz egoizm stał się „religią” mas. Siądź i jedz. Wchłaniaj. Jesteś tego warty. Skup się na sobie. Na swoim sukcesie. Na swoich problemach. Masz wszystko, czego ci potrzeba, pracuj, konsumuj, umieraj. Podatki, rozrywka, eutanazja. Zamknięcie… piekło.

Nie tacy są ludzie zachodu. Jeszcze kościół z papieżem, jeszcze inni chrześcijanie, jeszcze ludzie, co uważają, że wcale nie wierzą, ale szukają – starają się przekraczać to, co jest i szukać, być w drodze. W nich cała nadzieja człowieczeństwa. „A (ta) nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5)

Co caryca Katarzyna II ma wspólnego z papieżem Franciszkiem i kłopot z zasadami

„myśli moje nie są myślami waszymi
ani wasze drogi moimi drogami”. (Iz 55.8)

W 1772 roku trzy mocarstwa dokonały pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. Rozpoczął się proces likwidacji Polski. Najwięcej terytorium zajęła monarchia Habsburgów, ale głos decydujący miała caryca Rosji – Katarzyna. W tym samym roku 1772 papież Klemens XIV zamknął wszystkie kolegia, domy i kościoły jezuickie. Latem następnego roku oficjalnie zlikwidował zakon jezuitów dokumentem Dominus ac Redemptor.

W przeddzień kasaty (rok 1773) jezuici byli na terenach polskich najliczniejszym zgromadzeniem zakonnym. Posiadali 137 placówek, dwa seminaria, 23 szkoły wyższe, w sumie 137 placówek i 2362 zakonników. Na całym świecie liczba zakonników przekraczała dwadzieścia tysięcy. Wszystko zostało zlikwidowane. Z jednym wyjątkiem.

Caryca Katarzyna II (urodzona w Szczecinie Sophie Friederike Auguste zu Anhalt-Zerbst-Dornburg) władczyni prawosławnego imperium wschodu, odmówiła likwidacji zakonu na terenach polskich zajętych przez Rosję. Odmówiła. Odmówiła i już. Bo tak chciała. Gdy na terenach Rzeczypospolitej po I rozbiorze rozwiązywano zgromadzenie zakonne i likwidowano jego domy, to na terenach zajętych w tym rozbiorze przez Rosję jezuici mogli dalej działać i pracować. Było to ostatnie miejsce na świecie, gdzie mieli taką możliwość.

Jezuici przetrwali. Wskutek tego niebywałego splotu okoliczności. Ich likwidacja była na papieżu Klemensie XIV do pewnego stopnia wymuszona politycznie. Przetrwali o dziwo pod władzą prawosławnego imperium, tam gdzie nie sięgała władza papiestwa ani zachodniej polityki, na ziemiach Rzeczpospolitej zajętych w czasie I rozbioru przez Rosję.

Od 1782 roku jezuici na terenie państwa rosyjskiego zwoływali tymczasowe kongregacje, wybierając tymczasowych swych przełożonych. Pozostawali też w kontakcie z następcą Klemensa, papieżem Piusem VII, który w 1801 roku ówczesnego przełożonego jezuitów – mianował generałem „na wygnaniu”. Po 41 latach w roku 1814 Pius VII przywrócił zakon do istnienia w całym kościele katolickim.

I tak oto caryca Katarzyna II sprawiła, że jezuici przetrwali i w roku 2017 jezuita jest papieżem kościoła katolickiego. Czy nie należy się zastanowić nad: „drogi wasze nie są moimi drogami”?

Warto dodać jeszcze jedno. W najnowszym wywiadzie generał jezuitów mówi o kościele, papieżu i wierze. Zacytujmy tylko jeden, krótki akapit, który jak w czasach Jezusa, będzie zgorszeniem dla ludzi kościoła: „jesteśmy niewolnikami nienawiści, która w języku teologicznym oznacza grzech. Grzechem nie jest łamanie zasad, lecz niekochanie. Grzechem jest kochanie samego siebie, zamiast Boga i bliźnich”

Ja bym dodał, że błędem też może być nadmierne kochanie poglądu, doktryny, prawa, przepisu, opisu świata jaki powinien koniecznie być. Taka miłość prowadzi nieodłącznie do pogardy i niechęci dla innego człowieka, który jakoś ów przepis, doktrynę, prawo – skrzywdzi. Przecież ci, co stali w gorącu, w samo południe na placu Litostrotos i wołali „Ukrzyżuj go!”, byli zapalonymi wyznawcami przykazań i prawa. A mimo to wołali.

——————————————————

https://camino.zbyszeks.pl/droga/

Camino de Santiago a poczucie humoru

20150613_123046

Pamiętam, gdy wchodziłem do Lipska zrobiłem zakupy w napotkanym supermarkecie. Zrozumcie dobrze, pielgrzym w Germanii spotyka sklepy dość rzadko, a takie tanie jak Lidl tym bardziej. Nakupiłem, ile mogłem. Obładowany plecakiem o wadze przekraczającej 15 kg radośnie wchodziłem do tego wielkiego miasta. W samym centrum dochodziłem do przejścia dla pieszych. Patrzę, a ruszającej dziewczynie zsuwa się z ramienia jasny sweter, spada na chodnik i już. Ona pędzi przed siebie, bo zielone. Inni też poszli. Zatrzymałem się, schyliłem, podnoszę. – Hej! – wołam za nią. – Hello! – Guzik, dziewczyna już tam przebiera kilkanaście metrów dalej. Szybki rzut okiem dookoła i zaczynam pędzić za nią, bo nie mam z tym swetrem w ręku co zrobić. Matko kochana. Leciałem za nią chyba kilkadziesiąt metrów, drąc się nieustannie po drodze: – Hello, Lady! – takie tam. Gdy wreszcie ją dopadłem, byłem cały spocony i myślałem, że kostka mi eksploduje. – Przepraszam – zasunęła tym kobiecym ujmującym tonem – miałam te słuchawki – pokazała mi małe białe „pchełki”.

Więc się potem z tego wszystkiego śmiałem, jak musiałem wyglądać, tak kłusujący za laską z latającym na grzbiecie plecakiem, pokrzykujący za nią. Rycerski Polak się znalazł. Śmiałem się też z kurnika Hansa, w którym przyszło mi nocować następnej nocy, choć mało mi w nim kręgosłup nie pękł, bo domek dla pielgrzymów właściciel zbudował chyba na podstawie własnego wzrostu.

Dziesiątki okoliczności i zdarzeń, po prostu traktowałem lekko, jakoś się z nich śmiejąc. Były i takie, kiedy już do śmiechu mi w ogóle nie było. A jednak, gdy tak na to wszystko patrzę, to właśnie poczucie humoru, zdolność żartowania z okoliczności, problemów, z samego siebie, może nawet z życia, z tego, co poważne, z tego, co ważne – wydaje mi się jakaś fundamentalnie ważna. Jakby to było coś dużo więcej, niż tylko śmiech. Jakby poczucie humoru, które tak czasem mi towarzyszyło, było wytwarzaniem dystansu. Stwarzaniem przestrzeni.

Takim czymś całkiem przeciwnym do tego, co na co dzień, przeciwnym do przybijania wzroku do spraw, do czynienia ich śmiertelnie ważnymi, ważącymi, poważnymi. Gdy wszystko staje się ważne i poważne, życie staje się ciężkie i gorzkie. Brnie się wtedy przez nie, jak przez pole zarośnięte wysokimi chwastami. I właściwie nie widać drogi pod stopami. Bo w naszych oczach rosną wszędzie te ważne rzeczy.

Trochę i taki charakter jest mojej religii, która jest śmiertelnie poważna. Rzucający żarty biskup, czy chichoczący kardynał są zupełnie nie do pomyślenia. Śmiertelnie poważna jest polityka, bo wiadomo, tam się decydują sprawy życia i śmierci, losów państw i narodów. Katastrofa w każdej chwili nam grozi. Trzeba się bronić, atakować, walczyć. Ważna jest każda nasza porażka, dlatego nie wolno jej popełnić. Każdy błąd, dlatego trzeba go uniknąć. Ważne są gesty, myśli, problemy.Najważniejsi jesteśmy w tym wszystkim my sami i nasze myślenie. A może jednak nie?

Może zdrowo jest z tego wszystkiego umieć się pośmiać. Poczucie humoru odbiera całemu temu gąszczowi spraw ich wagę. Ich śmiertelnie poważne znaczenie. I wtedy, gdy to wszystko znika, zaczynamy dostrzegać to, co naprawdę ważne. A co to takiego? To, co jest między nami. Między mną a drugim człowiekiem. Między mną a Bogiem. To te relacje są najważniejsze. Wszystko inne my czynimy ważnym i „Żebyś się nie ważył z tego dowcipkować!”. A może jednak?

Więc chwała wszystkim, co potrafią żartować, śmiać się, także ze swoich spraw i z samych siebie. Bo czynią życie lżejszym, bo pozwalają zobaczyć oczywistość, którą zasłania wkurzająca, śmiertelna powaga, że jesteśmy cudami na tej ziemi, stworzonymi dla siebie nawzajem, stworzonymi do życia, stworzonymi ostatecznie do miłości. A wszystko inne „śmiertelnie poważne” jest – jak to język mimowolnie przekazuje – śmiertelne, więc godne żartu, który odsuwa to trochę od nas, pozwalając zobaczyć właściwe proporcje i odzyskać równowagę 🙂

———————————————————————–

Książka z mojej pielgrzymki 🙂 https://camino.zbyszeks.pl/droga/

A tu śmieszne niemieckie śpiewanie. No starają się 🙂

Camino a jedność Europy

20150811_190950

Zastanawiałem się, czy można by pójść do Santiago de Compostela w drugą stronę. Z Polski przez Azję, Amerykę, znów do Europy. I okazuje się, że – poza wariantem przez Rosję – nie można. Nie można, bo to są często duże i ODRĘBNE państwa. A nowoczesna odrębność nie jest odrębnością jeszcze z XVIII nawet XIX wieku, gdzie granice przekraczało się jak się chciało i pobyt nie był warunkowany żadnymi formalnościami.

Dzisiejsze państwo to taki trochę moloch administacyjno-kontrolny. To nie jest państwo średniowieczne, gdzie brak instytucji i wszystko opierało się na wartości słowa, na woli ludzi, na lojalności. To jest państwo nowoczesno-rzymskie, gdzie administracja jest wszystkim. Człowiek się rodzi, żyje i umiera w administracji, która ogłupiona rozmiarem zadań hodowania ludzi, już sama nie wie, co czyni.

Więc żeby przejść przez Iran albo takie Indie trzeba aplikować o wizę, ale te wizy ważne 30 dni. A to za mało. Nie wiedziałeś? Możesz prawdopodobnie aplikować ponownie. W placówce dyplomatycznej. Każdorazowo zdjęcie. Koniecznie paszportowe i nie starsze niż 6 miesięcy. Świat jest poszatkowany.

Więc ta idea, żeby Europa była jedna jest ideą piękną. Ci co siedzą u siebie, radzi by ogrodzić się. Stalową blachą, asfaltować papą, żeby nie było. My tu u siebie… A co nas obchodzi…? A jak se chcesz to spadaj… Więc ten ruch wsobny, dośrodkowy, implozyjny, ze strachu, w nadziei, że da się zamurować i odgrodzić, jest.

Nie da się. To taka sama przykra prawda jak ta, że umrzemy. Nie przyjmujemy takich prawd do wiadomości i to być może naturalna predyspozycja. Ale nieskuteczna. Więc odpychamy od siebie obraz naszej śmierci. Więc chcemy widzieć swoje życie bezkreśnie, żeby przynajmniej w naszym polu widzenia, tej naszej śmierci faktycznej, nie było. Bo jak jest, to sam jej widok jest duszący i zabijający.

Nie przyjmujemy też do wiadomości prawdy, że odgrodzić się państwa nie da. Że dla ponadnarodowych sił, oddziałujących na państwa i społeczeństwa, granice nie mają znaczenia. Nie da się odgrodzić, bo handel międzynarodowy to nie jest zabawka tylko warunek przeżycia.

Dlatego potrzebna nam jest Europa. Jedna Europa. Europa, która będzie mogła stać się partnerem, a nie słabszym, popychanym kuzynem dla takich potęg jak USA czy wchodzące w wiek swojej świetności Chiny. Małe państwo zawsze będzie satelitą, usiłującym rozgrywać datki od większych, pozyskiwane w zamian za cesje takie czy inne.

Jednej Europy nie da się jednak budować na zasadzie kołchozu. Gdzie nadany, nie wiadomo przez kogo, dyrektor ustala sposób życia ludzi, wszystkie możliwe normy pracy, wypoczynku i zachowania, i wpieprza się w obyczaje, instruując pracowników w zakresie ich życia intymnego. Tak nie może być. To karykatura, jakieś odbicie w krzywym zwierciadle tej idei, by Europa była jedna.

Europa może być jedna tylko w jeden sposób. Każdy inny będzie sztywną atrapą narzuconą na jej żywy organizm i po prostu rozpadnie się. Europa może być trwale jedna tylko wtedy, kiedy łączyć ją będą, podzielane przez jej narody, wartości.

Łączenie przez wartości różni się od łączenia wg metody sowieckiego wschodu. Wg tej drugiej, azjatyckiej, wszystko trzeba ujednolicać. Trzeba ujednolicać, bo tak buduje się jedność. Jest to doprowadzanie różnych dźwięków do tej samej wysokości, by wreszcie zabrzmiał jeden czysty, głośny ton.

Łączenie poprzez wartości sprawia, że różne od siebie dźwięki przestają tworzyć chaos i kakofonię, bo każdy odnajduje coś wspólnego z innymi. Odnajdują melodię, czyli wartość, w ramach której znajdują swoje miejsce. I tak powstaje… symfonia, muzyka.

Różnice między narodami Europy są nieusuwalne. Jakie wartości je łączą? Co jest tym, co Europejczycy odnajdują jako wartościowe, niezależnie czy to Niemcy, czy Polacy, czy to Włosi, czy Holendrzy?

„Europa zbudowana została na szlaku do Santiago de Compostela” – powiedział ponoć Goethe. I tak się ongiś stało. Nie powstała ta Europa jako jedno państwo z jedną administracją i jednymi przepisami. Powstało jako obszar różnych narodów, które odnalazły same siebie na drodze do Santiago, to jest na drodze do Jakuba Apostoła.

I dziś ponownie, Europejczycy obok siebie do tego Santiago zmierzają. Apostoł Jezusa sprawia, że wieczorem, zmęczeni całodziennym dźwiganiem dobytku na 30 dni drogi, siadają obok siebie. Żartują, rozmawiają, dzielą się swoimi marzeniami, obawami. Odkrywają, że w tej przestrzeni, tego co ważne, tego o czym się myśli i do czego się tęskni, my Europejczycy jesteśmy bardzo podobni.

Więc chyba trzeba odwagi. Odwagi by wypowiedzieć, tę prostą prawdę, że potrzebujemy powrotu do korzeni, po prostu do prawdy o nas samych. Potrzeba by tego wygnanego ze świata stworzonego przez media, narodzonego 2017 lat temu, Jezusa znów przypomnieć. By zobaczyć go jako szansę. Także jako szansę cywilizacyjną, bo to właśnie na jego przesłaniu, zbudowano całą cywilizację zachodnią, z jej szacunkiem dla indywidualnego człowieka, z jej przesłaniem niesienia pomocy słabszym, biedniejszym, poszkodowanym. Także z jej otwartością i szerokim marginesem osobistej wolności.

Marzy mi się, żeby Angela Merkel, szefowa – nomen omen – partii chrześcijańskiej demokracji, zaczęła się do chrześcijaństwa odwoływać wprost i oficjalnie. Pewnie najlepiej jakby przeszła się do Santiago, przynajmniej ze trzy dni, z plecakiem na plecach. Marzy mi się, żeby Francja dosłużyła się elit, które nie będą unikać odwołania do Boga, jak przysłowiowy diabeł, wody święconej.

Tak. Były błędy. Pewnie i jeszcze są. Błędy, ze strony hierarchii, błędy ze strony Kościoła. Było posługiwanie się religią do wzajemnych waśni i wojen. Życie to nie są linie proste. Ale bez kierunku, bez jego wskazania, będziemy się osuwać. Z jednej strony w narzucaną nam sowiecko-kołchozową urawniłowkę. Z drugiej strony w Brexity, w wołania o wyjście z UE, w fałszywe hasła o pełnej suwerenności jako alternatywie dla jednej Europy. Oczywiście, ta pełna suwerenność może być zagwarantowana przez obce wojska na własnym terenie.

Chrześcijaństwo zostało, przez niechętne mu elity rządzące Europą, niemal wygnane. Przechwyciły one instytucje, mechanizmy życia społecznego. Naprzeciwko nich stoi zachowawczy Kościół, który z jednej strony ubiega się o dotacje, wiadomo – europejskie, z drugiej toczy wewnętrzne spory i skupia się na sobie. Warto by chrześcijańskie wartości, takie jak samo odwołanie się do Boga, jak przekonanie, że to właśnie z wiary w Niego, wynikają wszelkie nasze prawa i nasza godność, warto by te wartości najpierw na nowo, głośno wypowiedzieć w polityce, a potem umieścić je na właściwym miejscu. To znaczy w świadomości wszystkich. Tych co rządzą, tych co są obywatelami, nas samych.

I wtedy Europa będzie jedna choć będzie różna. Będzie jedna dzięki temu, że jest różna. Bo różnice, wbrew kołochozowemu szaleństwu, są piękne i stanowią o urodzie życia. W takiej Europie chciałbym żyć, w takiej Europie chciałbym mieszkać. Tym dwóm ruchom – jednemu podszytemu totalitarnymi zapędami ujednolicania ludzi, drugiemu widzącemu przyszłość w odgradzaniu się i rozdrabnianiu Europy – nie wierzę.

Europa rozdrobiona jest dobra tylko dla jej wrogów i rywali. Na krótką metę także dla najsilniejszych państw europejskich. Europa jedna, ale poprzez wartości łączące różnice, jest dobra dla Europejczyków. Którzy wcale nie mniej są wtedy Włochami, Irlandczykami czy Polakami. Są nimi wtedy o wiele bardziej. Bo to coś sympatycznego, spotkać kogoś, kto się od nas różni, a z którym łączy nas, to co najpiękniejsze.

—————————————————————————–

A teraz, żeby było ładnie i różnorodnie dwie piosenki z europejskiego targowiska próżności 🙂 Pierwsza śpiewana jest przez Chorwatkę po angielsku:

I jeszcze jedna, śpiewana przez Austriaczkę po francusku 🙂

—————————————————————————–

Mój blog pielgrzymkowy: [—Link—]

Moja książka (jeszcze wciąż, możliwa za darmo): [—Link—]

Jesteśmy tylko wsadem

Niniejszy tekst nie jest pielgrzymkowy 🙂 Ale ponieważ jakoś tam pozostaje w dalekim związku, zostawiam go. To próba uchwycenia mechanizmu, który niewidoczny, na co dzień, przejawia się w procesach jakie obserwujemy.

Na świecie da się zaobserwować z grubsza dwie tendencje. Tendencję personalistyczną, ja ją nazywam ludzką. I tendencję rynkową. Tendencja „rynkowa” w sferze traktowania ludzi, traktuje ich jak „wsad”. Na przykład kurczaki są takim wsadem. Kupuje się je młode, wsadza się im sterydy, kalorie, antybiotyki. Jak się przewracają od wzrostu masy ciała to się je sprzedaje. Czyli kurczak jest wsadem do procesu uzyskiwania pieniędzy.

Tak i z ludźmi. Procesy „rynkowe” traktują ludzi jak wsad. Wkładają w nich, za pomocą perswazji mediów i kontroli kanałów dystrybucji jedzenie, rozrywkę, wiadomości, reklamy, reklamy, kształtujące ich percepcję i wartości, przekazy i uzyskuje się przychód. Przychód głównie z ich zachowań, decyzji, postaw (np. konsumenckich czy politycznych).

Podobnie w sferze pracy. Płaci się im tak mało jak to możliwe, bo są zasobem, „wsadem”, z którego należy wycisnąć więcej. Czy nie mogą pójść do innej pracy? Mogą. Ale spoko. Po pierwsze ciężko znaleźć. Po drugie wszyscy prowadzą tą samą politykę, bo i ich ktoś z góry, traktuje jako wsad. Wsadem są, tu jednak tylko po części (uwaga na kanwie przekształcenia Salonu24), blogerzy. Piszą teksty, generują ruch, wynika z tego dochód. Trzeba ich zagospodarować w procesie tworzenia „wartości”. Nic to złego. Sam jestem „wsadem”.

Kupiłem dziś w Biedronce (to może wstyd) mandarynki. Bo były po 2,99. Dużymi literami reklama. Potem, już po fakcie, patrzę… a na rachunku są po 4,99. Ki czort? Wracam czytam. No tak. Na dole. Małymi literami uwaga, że to cena przy zakupie min. 1kg. Manager z Biedronki wygrał. Zmyślnie umieszczając informacje, uzyskał większy uzysk z „wsadu” jakim są klienci. Zuch.

Przed nowym rokiem zafundowałem sobie struclę serową firmy Oskroba. Znam to ciasto i lubię, ale nie kupuję często bo zaraz tyję. Lubię je bo jest z serem. Producent dumnie informuje nawet, że chyba 15%. Ta, którą kupiłem, nawet koło sera nie stała. Nie poddałem się, kupiłem w innym sklepie. To samo. Po nowym roku zaryzykowałem z nową serią, termin ważności do 20 I, ser się ponownie pojawił! Manager osiągnął zysk. Ludzie wpie… strucle. Uzysk z ludzi wzrósł.

Nie należy potępiać managerów. Nie należy się krzywić na gospodarujących nami fachowców. Oni nie mają wyjścia. Jak chcą żyć i pracować, to muszą generować zyski.

W świecie „rynku” człowiek tak naprawdę się nie liczy. Jest zasobem w procesach ekonomicznych. Oczywiście, człowiek może na te procesy oddziaływać. Poprzez zmianę dostawcy strucli serowej, poprzez zmianę sklepu, poprzez zmianę stacji telewizyjnej, czy portalu internetowego. Managerowie i właściciele to wiedzą i dbają, by do takich sytuacji nie doszło. Jak? Poprzez ograniczanie pola decyzji ludzi. Poprzez scalanie, ujednolicanie i monopolizowanie kanałów dystrybucji dostarczanych dóbr i usług. Zatem czego? Wszystkiego!

Pół biedy, gdyby mechanizmy rynkowe, traktujące ludzi jako przedmioty, pozostały jedynie w sferze działalności gospodarczej. Nie. Tak się nie dzieje. Ludzie poddani nieprawości. Nieustającym próbom wystrychnięcia na przysłowiowego dudka. Traktowani jak przedmioty przez nagabywaczy, urzędników i wymiar. Po prostu mają dość. I sami zaczynają. Szukać możliwości. Sami traktują innych, jak przedmioty. Sami się zmieniają.

Pytanie jest takie, jak się zachowujemy w stosunku do innych. Czy traktujemy ich jak ludzi czy jak „wsad”? Czy okazujemy im zainteresowanie albo sympatię, wtedy jak mogą coś dla nas zrobić i coś nam dać? Czy też wtedy przestają być dla nas zauważalni? Czy okazujemy im szacunek i zrozumienie gdy powtarzają poglądy, do których jesteśmy przekonani, czy wtedy reagujemy chłodną bądź cieplejszą formą agresji i odrzucenia?

Pytanie jest, jak często patrzymy na człowieka, ze względu na jego jakąś dziwną, nieopisaną, nieokreśloną wartość, a jak często patrzymy na niego przez pryzmat tego, do czego nam się może przydać? Pytanie czy „rynek” już do nas dotarł. Odpowiedź jest prosta. Oczywiście, że tak. Ale… dopiero były święta. Przyszedł na świat człowiek, który oświadczył, że jest Synem Boga. Ba… Bogiem samym.

Tak naprawdę poza Nim, narodzonym 2017 lat temu, nie mamy nic na swoją obronę. Tym wyżej w hierarchii używania wsadu, zdaje się, że jest pięknie. Że dali radę. Że to wszystko prawda. Że to obiektywne prawa rynku, które wszystkim przynoszą korzyść. Nic dziwnego. Te poglądy i przekonania rozpowszechniane są przez media, które należą do tych, co najwyżej, co najwięcej.

Wszystko to razem tworzy jakiś ponury mechanizm. Jakiegoś molocha etykietującego kodem paskowym z trzema cyframi produkty na rynku, traktującego ludzi jak przedmioty i wtłaczającego im w głowy taki sposób traktowania innych, jako naturalny.

Tylko żłóbek nam zostaje. Tylko ta rewolucja, której dokonał Jezus, kiedy każdego najmniejszego człowieka podniósł do nieskończonej rangi: „Bo coście uczynili jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili”. W nim cała nadzieja. Nie pompatyczna. Nie dostojna. Nie uczona. Tylko najbardziej bezpośrednia. Taka, która prowadzi poza, poza samego siebie. W świat, gdzie Bóg, da nam serce nowe. To znaczy stworzy nas od nowa. Tak jak będzie chciał.