Archiwa kategorii: Przed wyruszeniem

Sprawy praktyczne przed wyruszeniem na pielgrzymkę do Santiago de Compostela

Dzień zero

Trzydzieści minut do wyjścia.  Jest 07:24.  Wcianam płatki zbożowe. Miejmy nadzieję, że na długo starczą.  Przede mną komputer i ta ostatnia notatka z przygotowań. Plecak spakowany. Woda mineralna ciężka, że szkoda gadać. Prognoza pogoda umiarkowana. Zimne noce – 5-6 stopni, w dzień ma być lekki deszcz. Może go wcale nie będzie.

Tydzień do

To jest pierwszy wpis z urządzenia mobilnego. Tak się to szumnie nazywa.

Czas ma zupełnie niezbadane właściwości. Kurczy się jak pomięta ścierka. Znika jak sopel lodu w czerwcu.  I już go nie ma, to przerażające.

Właściwie to wszystko leci mi z rąk.  Strach gdzieś zaplątał się we włosy i w myśli. Nie tak miało być. Czego się nie dotknę nie działa. A czas się kurczy, topnieje, znika niczym resztki powietrza w idącym na dno jak kamień okręcie podwodnym.

Chyba robię to wbrew wszystkim. Czy także wbrew sobie? A może tak to właśnie ma wyglądać, może to i tylko tak.

Jeszcze jakieś drobne zakupy. I… niewiadome.

Dzień -18: Upór

Właściwie to pozostał mi już tylko upór. Nie mam wytłumaczenia, dla tego wyjścia. Lepiej by było zostać. To zupełnie bez sensu. Teraz jak to widzę, lepiej byłoby zostać. Można tyle zrobić. Tyle doświadczyć. Wszystko jakoś będzie. No i nie doznać porażki, która czyha za progiem. I nie zmarnować czasu.

Nie ma we mnie nic poza wolą. Decyzją. Wbrew, w zasadzie już wszystkiemu. Czy taki „ośli” upór jest dobry? Czy nie jest to przypadkiem robienie sobie i innym krzywdy? A przecież… A jeśli… A zobacz…

Nie wiem skąd się on bierze. Może to jakaś skaza charakteru. Że nie chce mi się już roztrząsać, że robię coś dokładnie przeciw temu wszystkiemu co widzę i co do mnie jakoś tam dociera.

Biorę sobie na plecy ciężar. Niepewności, obawy, trudu, bólu, łatwej możliwości porażki. Może to być błąd. Błąd jakich w życiu popełniłem kilka. Ale czy potrafimy rzetelnie oceniać swoje życie? Co było błędem, a co nie? Skoro ocena zależy od perspektywy, a ta przecież zmienia się.

Wczoraj przeszedłem ponad 20 km. Dzisiaj tak się czuję, że już nigdzie nie pójdę. Nic to – jak mawiał powieściowy mały rycerz. Może po prostu za bardzo się wszystkim przejmujemy. Za bardzo bierzemy na serio, wszystko co się przydarza, przydarzyło, może się przydarzyć. Za poważnie, za ważnie, za ciężko – a przez to właśnie, niepoważnie.

31 stycznia 2015

Nie wiem, który to już dzień „przed”. I czy w ogóle będzie „przed”. Rośnie we mnie strach. Strach, przed tym co będzie. Strach przed niepowodzeniem, strach przed tym co się może wydarzyć, przed sytuacjami, w których, wszystko zawiedzie.  Przed tym, że organizm zawiedzie. Przed tym, że deszcz a ja szosą, bo nie będzie innego wyjścia.

Chciałbym objąć. Zobaczyć. Przewidzieć przyszłość. Jakoś to wszystko poukładać. Zabezpieczyć się.  Żeby nie wyszło głupio.

Dziś znów odcinek kontrolny. Dwadzieścia ileś tam kilometrów. Znużenie. Trud. Sprawdzanie. Czy dam radę.

Może to wszystko nie ma sensu. Te pytania o przyszłość stawiane przez świadomość. Przez świadomość? Może to zachłanne pragnienie bezpieczeństwa i kontroli, pewności tego co się wydarzy i co będzie, może to właśnie jest złe. Niewłaściwe. Nierozsądne.

Może przywiązywanie wagi do tego, co będzie, jak wyjdzie, czy dojdzie do skutku, jak się zakończy i co się stanie. Może to właśnie jest czepianie się życia, próba zachowania go, przewidzenia go. Próba śmiertelnie szkodliwa. Groźna. Chora. Od samego zarania. Od kiedyś tam. Od pierwszego razu, gdy człowiek powiedział „Chcę”. A więc wyrwał się tym stwierdzeniem z rzeczywistości, ze świata, który był „chceniem” Boga. Sam sie postawił w jego roli i poznał, że to dobre. Na początku.

Może trzeba po prostu, dziękować, bo jest za co.

Dzień -121: Rezygnacja

13 stycznia 2015, po 13 km, lustro Zalewu Zemborzyckiego

Rezygnuję. Nie sposób znieść.  Pytania czy pójdę czy nie pójdę. Pragnienia, żeby pójść i żeby dojść. Nie sposób znieść tej wielkiej konfrontacji, wielkiego zamierzenia i jeszcze większych zagrożeń.

Camino nie jest tam gdzieś i kiedyś. Jest tu i teraz. W każdej danej nam chwili. W każdym momencie, mamy swoje Camino.

Nie rezygnuję z planu. Nie rezygnuję z zamiaru ani przygotowań. Rezygnuję z pragnienia. Z tego przewidywania przeczucia. Co będzie jak dojdę. Co będzie jak nie dojdę. Zdaję się na Boga. i jego wolę. Jakkolwiek, by to nie zabrzmiało.

To znaczy, że robić coś w danym kierunku można ile się chce. Czego więc nie można? Albo raczej nie trzeba? Nie trzeba wiązać siebie z przewidywanym efektem. Przywiązywać się do rezultatu. Ten istotnie jest, sprawą „poza nami”.

Myślę, że takie podejście jest zdrowsze, prawdziwsze, normalniejsze. Że sprowadza nas na „tu i teraz”, zamiast wprowadzać napięcie, między „tu i teraz” oraz „tam i kiedyś”.  Wbrew pozorom, może być bardziej skuteczne niż pierwotne nastawienie i zapatrzenie w cel. Całkowite uwarunkowanie siebie przez cel. Określanie siebie, przez osiągnięcie celu, który nie jest. Tu i teraz.

Odczuwam ogromny lęk, przed tą podróżą. Wczorajsze „testy podwozia”, znów nie nastrajają optymistycznie. Szereg rozmaitych dolegliwości. Będę próbował nadal. Przygotowywał się. Z zaangażowaniem. Droga jest teraz. Zawsze jest teraz. Nawet gdy będzie ona kiedyś, to przecież, wówczas, będzie TERAZ.

Mamy jakąś tendencję do życia „kiedyś”. Zamiast do życia „teraz”. Myślę, że to błąd. Także i mój, błąd. Wszystko jest – teraz. Zawsze było i zawsze będzie. Dlatego wszystko jest wtedy – nowe. Nie „posiadane”, ale spotykane.

Mamy tendencje. Do „posiadania”. Chcemy mieć. Co? Wszystko. Także przyszłość. Zdarzenia w przyszłości. Chcemy mieć. Ale wpychając to wszystko w siebie, czynimy to starym. Jeśli się zdarzy, to „już było”, już je mieliśmy w sobie. Możemy porównywać co najwyżej, czy „tak miało być”?

Jeśli nie mamy nic. To nie mamy nic. I wszystko co spotykamy, jest – nowe. To uczucie z dzieciństwa. Potem coraz więcej do środka. Zachłanność. Głód. Prowadzący w nieprzyjemną egzystencję, gdzie nic nowe już nie jest.

Dzień -129: Poważne kłopoty

5-01-2015 Zalew Zemborzycki k. Lublina ok. 13:00

5 stycznia 2015 Zalew Zemborzycki k. Lublina ok. 13:00

 

Wczoraj pojawiły się poważne kłopoty. Wystąpiły w czasie testu, jakim był wielogodzinny i wielokilometrowy spacer. Zepsuło sie podwozie, a konkretnie jeden ze stawów nogi.

Dotarłem do domu ale. Z dużymi problemami. W realnych warunkach, wyruszenie nazajutrz w podobną podróż, nie wchodziłoby w rachubę. W ogóle stawiając pod znakiem zapytania ciąg dalszy. Zmęczenie bowiem mija, ale tego typu kłopoty, mogą się raczej pogłębiać.

Cała (niezbyt wielka) nadzieja w tym, że na zaistniałe problemy mogła mieć wpływ nawierzchnia. Przez znaczną część drogi było ślisko. Kilkakrotnie wypadało się ratować, ekwilibrystyką, mocno obciążającą stawy. Stopy uciekały w trakcie kroków do tyłu. No cóż. Zobaczymy. Czy największa podróż mojego życia dojdzie do skutku.

Dzień -166: Nic się nie dzieje.

Chyba jednak nie pójdę. Bo wcale się nie przygotowuję. Nie uczę się języków, nie trenuję organizmu. Właściwie nie wiem na co czekam. Zima ścisnęła mrozem, ciężko trochę się poruszać. Aż się dziwię, że temat nie chce „umrzeć śmiercią naturalną”.

Nie wiem też jaki charakter, miałaby mieć ta moja „pielgrzymka”. Religijny, turystyczny, samorealizacyjny? Najbliższe otoczenie, jakby to powiedzieć, przyjęło informacje o zamiarze, z „daleko posuniętą powściągliwością”. Czyli… jeszcze jeden argument przeciw.

Strasznie mało czasu zostało. Ciągle pielęgnuję w sercu to marzenie. Pójść, zgubić się, znaleźć. Ciągle chcę.

Dzień -214: Camino a języki

Nie pójdę na Camino, bo nie znam języków. Będę się na migi porozumiewał? Zbyszek chce jeść? – masując ręka brzuch i pokazując palcem na usta?

Nie znam hiszpańskiego, czeskiego, francuskiego, szwajcarskiego, niemieckiego. Po niemiecku umiem powiedzieć, że jestem głody i chce mi się pić. Kaplica. Po czesku nawet bym nie próbował. Byłem w Czechach. Niby śmiesznie, ale nic nie mogłem zrozumieć. Dziwny język.

Umiem coś po angielsku. W zasadzie w sensie komunikatywnym, to potrafię się w miarę swobodnie komunikować. Ale czy to wystarczy? Du ju spik inglisz? Będę pytał co chwila, z nadzieją, że znajdę zrozumienie? A przecież od tego wszystko zależy.  Was ist das? Kapusta i kwas, odpowiadał Gustlik w starym serialu.

W ogóle to jest problem, przez jakie kraje iść. Francja i Hiszpania – nie do ominięcia, poza tym? Niemcy?