Archiwa kategorii: Po Camino

Wpisy dokonane po pielgrzymce

Trzy drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista

20150728_084752

Celem chrześcijanina jest jego własne szczęście. Chce pójść do nieba, a to oznacza, że chce być szczęśliwy. Egoista też chce własnego szczęścia. Zrobi wszystko, by je osiągnąć. Poświęci wszystko i wszystkich.

Jeden i drugi chce dokładnie tego samego. Jeśli egoizm jest dążeniem do własnego szczęścia, to chrześcijanin jest egoistą. Jaka jest więc różnica między tymi dwoma typami ludzi, między tymi dwoma postawami? Czy może to jest jedna i ta sama postawa występująca w dwóch „formach”, „otoczkach ideowych”?

Różnicą jest metoda. Choć cel jest ten sam – dobro własne, doświadczenie szczęścia, to różna jest droga do tego celu.

Chrześcijaństwo polega na utracie siebie. Siebie można odnaleźć, uratować wyłącznie siebie tracąc. Zostawiając siebie za sobą i wyruszając w kierunku Dobra, w kierunku Miłości, w kierunku Boga. Taki człowiek zostawia literalnie wszystko: każde swoje pragnienie, każde swoje oczekiwanie, każdą swoją myśl i w centrum swojego wzroku i swojej uwagi stawia Boga. Jest drogą do Boga i na tej drodze traci siebie samego.

Wszystkie przykazania, nakazy i zakazy są wobec tej postawy sprawami całkiem wtórnymi i bez większego znaczenia. To właśnie powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa.” I też: „Będziesz kochał Pan Boga swego z całego serca swego, z całego umysłu swojego, ze wszystkich sił swoich”. Nie jest to metafizyczna parabola znaczeniowa, tylko konkretny przepis do stosowania.

Egoista, w odróżnieniu od chrześcijanina, chce siebie uratować i zachować takim, jaki jest. Ceni siebie takiego, jakiego zna albo takiego jakiego chce i chce siebie takiego właśnie ochronić, powiększyć, wzmocnić. Uwaga egoisty jest skoncentrowana na nim samym, gdy uwaga chrześcijanina jest skoncentrowana na Bogu i bliźnich.

Chrześcijanin chce uszczęśliwić siebie poprzez utratę siebie i wierzy, że Bóg go „odtworzy”, zbuduje na nowo, większym, szczęśliwszym, pełniejszym. Egoista chce uszczęśliwić siebie poprzez zachowanie siebie. Pomysł, że miałby siebie wyrzec jest dla niego absurdalny, bo miałby się wyrzec tego, czego pragnie – siebie samego.

Chrześcijanin jest wiecznie „w drodze”. W drodze utraty siebie, w drodze do Boga, w drodze do odnalezienia siebie na nowo. Egoista jest wiecznie w tym samym miejscu, jest „u siebie”. Wzmacnia ściany swojego „ja”, obudowuje je cegłami, oblewa się cementem, chce być niezniszczalny w środku. Jest ciągle w miejscu, które chce posiadać.

Nie należy popadać w błąd. Zarówno chrześcijaństwo jak i egoizm dają człowiekowi pozytywne odczucia. Dają satysfakcję, poczucie „przyjemności”, spełnienia. Dają doświadczenia odbierane jako przyjemne. Dają to, czego człowiek potrzebuje – odczucie szczęścia.

Możemy zjeść jakiś specjalny dla nas owoc. Każdy pewnie pamięta, taki niezwykły smak i wszystkie doznania jakie się z nim wiązały. Dla mnie to była dojrzała w słońcu, nagrzana nim, zerwana wprost z drzewa francuska brzoskwinia. Nie do opisania. Możemy też wstrzyknąć sobie heroinę. (Ponoć) Wrażenia są nie do opisania.

Ewa zjadła zakazane jabłko w raju i poznała, że „dobre”. Egoizm daje bezpośrednie poczucie niezwykłej przyjemności i spełnienia. Gdy się go spróbuje, człowiek staje się uzależnionym od niego i staje się egoistą, tak jak po heroinie człowiek staje się heroinistą. Zmienia się przede wszystkim jego postrzeganie „I otworzą wam się oczy”. I uczciwie mówiąc – nie widzi – innej możliwości życia.

Jednak przyjemność płynąca z egoizmu i z heroiny ma swoje „przeklęte” konsekwencje. Konsekwencje straszne. Konsekwencje określane w języku religijnym jako „piekło”.

Egoistą można być także, będąc człowiekiem szalenie religijnym. Uczestniczącym gorąco i często w obrzędach. Wyznającym głośno i publicznie. Walczącym o religię. Taki człowiek po prostu już „ZNALAZŁ”. Myśli, że „WIE”. To jego przekonanie sprawia, że donikąd tak naprawdę już nie zmierza. Widzi siebie jako dobrego, bo przecież się modli, bo przecież wierzy, bo przecież chodzi, bo przecież przestrzega przykazań i wszystkiego robi więcej niż inni. Więc JEST dobry. Więc chodzi mu o to, by takiego siebie zachować, utrzymać. I to może być właśnie droga do piekła, to jest do zamknięcia się na sobie.

Bo taki człowiek, zaczyna lekceważyć innych. Nie szanować innych. Potępiać innych. Zamiast swoją wolę porzucać w drodze do Boga, swoją wolę chce utrzymać i narzucać innym ludziom.

Taki człowiek swojego dobrego samopoczucia nie czerpie z relacji z Bogiem, tylko z upewniania się za pomocą obrzędów, że jest dobrym człowiekiem. Bycie zaś dobrym rozumie jako walkę z tymi, co inaczej postrzegają życie i jego zasady, rozumie ją, jako potępianie innych.

Jest jeszcze trzecia postawa, trzeci typ ludzi. Rzadko spotykany, bo jakoś ostateczny. To ludzie, którzy szukają nieszczęścia. Których „cieszy” niszczenie, których pasie śmierć i destrukcja. Którzy przyjemność czerpią z przyczyniania się do rozpadu i upadku, także samych siebie. To – nihiliści. Ostatnie stadium egoizmu, w którym dla przeprowadzenia własnej woli człowiek ma tendencję, by niszczyć świat, innych i samego siebie.

Tak więc chrześcijanin, egoista i nihilista to trzy drogi. Właściwiej byłoby powiedzieć o pierwszej – człowiek. Bo być człowiekiem to przekraczać granice w drodze do celu, to być w drodze, to poszukiwać. Takimi właśnie ludźmi byli zawsze Europejczycy. Byli takimi, gdy wychodzili na liczące tysiące kilometrów pielgrzymki. Byli takimi, gdy wyruszali odkrywać nowe światy. Byli takimi, gdy na uniwersytetach szukali prawdy i mądrości. Byli takimi, gdy jak św. Franciszek popadali w szaleństwo miłości do Boga.

Teraz egoizm stał się „religią” mas. Siądź i jedz. Wchłaniaj. Jesteś tego warty. Skup się na sobie. Na swoim sukcesie. Na swoich problemach. Masz wszystko, czego ci potrzeba, pracuj, konsumuj, umieraj. Podatki, rozrywka, eutanazja. Zamknięcie… piekło.

Nie tacy są ludzie zachodu. Jeszcze kościół z papieżem, jeszcze inni chrześcijanie, jeszcze ludzie, co uważają, że wcale nie wierzą, ale szukają – starają się przekraczać to, co jest i szukać, być w drodze. W nich cała nadzieja człowieczeństwa. „A (ta) nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5)

Co caryca Katarzyna II ma wspólnego z papieżem Franciszkiem i kłopot z zasadami

„myśli moje nie są myślami waszymi
ani wasze drogi moimi drogami”. (Iz 55.8)

W 1772 roku trzy mocarstwa dokonały pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. Rozpoczął się proces likwidacji Polski. Najwięcej terytorium zajęła monarchia Habsburgów, ale głos decydujący miała caryca Rosji – Katarzyna. W tym samym roku 1772 papież Klemens XIV zamknął wszystkie kolegia, domy i kościoły jezuickie. Latem następnego roku oficjalnie zlikwidował zakon jezuitów dokumentem Dominus ac Redemptor.

W przeddzień kasaty (rok 1773) jezuici byli na terenach polskich najliczniejszym zgromadzeniem zakonnym. Posiadali 137 placówek, dwa seminaria, 23 szkoły wyższe, w sumie 137 placówek i 2362 zakonników. Na całym świecie liczba zakonników przekraczała dwadzieścia tysięcy. Wszystko zostało zlikwidowane. Z jednym wyjątkiem.

Caryca Katarzyna II (urodzona w Szczecinie Sophie Friederike Auguste zu Anhalt-Zerbst-Dornburg) władczyni prawosławnego imperium wschodu, odmówiła likwidacji zakonu na terenach polskich zajętych przez Rosję. Odmówiła. Odmówiła i już. Bo tak chciała. Gdy na terenach Rzeczypospolitej po I rozbiorze rozwiązywano zgromadzenie zakonne i likwidowano jego domy, to na terenach zajętych w tym rozbiorze przez Rosję jezuici mogli dalej działać i pracować. Było to ostatnie miejsce na świecie, gdzie mieli taką możliwość.

Jezuici przetrwali. Wskutek tego niebywałego splotu okoliczności. Ich likwidacja była na papieżu Klemensie XIV do pewnego stopnia wymuszona politycznie. Przetrwali o dziwo pod władzą prawosławnego imperium, tam gdzie nie sięgała władza papiestwa ani zachodniej polityki, na ziemiach Rzeczpospolitej zajętych w czasie I rozbioru przez Rosję.

Od 1782 roku jezuici na terenie państwa rosyjskiego zwoływali tymczasowe kongregacje, wybierając tymczasowych swych przełożonych. Pozostawali też w kontakcie z następcą Klemensa, papieżem Piusem VII, który w 1801 roku ówczesnego przełożonego jezuitów – mianował generałem „na wygnaniu”. Po 41 latach w roku 1814 Pius VII przywrócił zakon do istnienia w całym kościele katolickim.

I tak oto caryca Katarzyna II sprawiła, że jezuici przetrwali i w roku 2017 jezuita jest papieżem kościoła katolickiego. Czy nie należy się zastanowić nad: „drogi wasze nie są moimi drogami”?

Warto dodać jeszcze jedno. W najnowszym wywiadzie generał jezuitów mówi o kościele, papieżu i wierze. Zacytujmy tylko jeden, krótki akapit, który jak w czasach Jezusa, będzie zgorszeniem dla ludzi kościoła: „jesteśmy niewolnikami nienawiści, która w języku teologicznym oznacza grzech. Grzechem nie jest łamanie zasad, lecz niekochanie. Grzechem jest kochanie samego siebie, zamiast Boga i bliźnich”

Ja bym dodał, że błędem też może być nadmierne kochanie poglądu, doktryny, prawa, przepisu, opisu świata jaki powinien koniecznie być. Taka miłość prowadzi nieodłącznie do pogardy i niechęci dla innego człowieka, który jakoś ów przepis, doktrynę, prawo – skrzywdzi. Przecież ci, co stali w gorącu, w samo południe na placu Litostrotos i wołali „Ukrzyżuj go!”, byli zapalonymi wyznawcami przykazań i prawa. A mimo to wołali.

——————————————————

https://camino.zbyszeks.pl/droga/

Pytanie o preferencje

Chciałbym spróbować wydać „Drogę” na papierze poprzez crowdfounding, a konkretnie przez https://polakpotrafi.pl/.

Jak się uda, to dobrze, jak nie, to trudno.

Nie wiem jednak jakie są preferencje ludzi. Gdyby pojawiła się taka zbiórka, to jaka oferta z większym prawdopodobieństwem zyskała by chętnych (nabywców lub wspierających): dwa tomy po 500 stron w twardej okładce za 125 zł czy w miękkiej za 82 zł?

Niby w miękkiej wychodzi taniej, ale twarda okładka to na dodatek książka szyta nie klejona, zatem coś solidnego.

 

Camino de Santiago a poczucie humoru

20150613_123046

Pamiętam, gdy wchodziłem do Lipska zrobiłem zakupy w napotkanym supermarkecie. Zrozumcie dobrze, pielgrzym w Germanii spotyka sklepy dość rzadko, a takie tanie jak Lidl tym bardziej. Nakupiłem, ile mogłem. Obładowany plecakiem o wadze przekraczającej 15 kg radośnie wchodziłem do tego wielkiego miasta. W samym centrum dochodziłem do przejścia dla pieszych. Patrzę, a ruszającej dziewczynie zsuwa się z ramienia jasny sweter, spada na chodnik i już. Ona pędzi przed siebie, bo zielone. Inni też poszli. Zatrzymałem się, schyliłem, podnoszę. – Hej! – wołam za nią. – Hello! – Guzik, dziewczyna już tam przebiera kilkanaście metrów dalej. Szybki rzut okiem dookoła i zaczynam pędzić za nią, bo nie mam z tym swetrem w ręku co zrobić. Matko kochana. Leciałem za nią chyba kilkadziesiąt metrów, drąc się nieustannie po drodze: – Hello, Lady! – takie tam. Gdy wreszcie ją dopadłem, byłem cały spocony i myślałem, że kostka mi eksploduje. – Przepraszam – zasunęła tym kobiecym ujmującym tonem – miałam te słuchawki – pokazała mi małe białe „pchełki”.

Więc się potem z tego wszystkiego śmiałem, jak musiałem wyglądać, tak kłusujący za laską z latającym na grzbiecie plecakiem, pokrzykujący za nią. Rycerski Polak się znalazł. Śmiałem się też z kurnika Hansa, w którym przyszło mi nocować następnej nocy, choć mało mi w nim kręgosłup nie pękł, bo domek dla pielgrzymów właściciel zbudował chyba na podstawie własnego wzrostu.

Dziesiątki okoliczności i zdarzeń, po prostu traktowałem lekko, jakoś się z nich śmiejąc. Były i takie, kiedy już do śmiechu mi w ogóle nie było. A jednak, gdy tak na to wszystko patrzę, to właśnie poczucie humoru, zdolność żartowania z okoliczności, problemów, z samego siebie, może nawet z życia, z tego, co poważne, z tego, co ważne – wydaje mi się jakaś fundamentalnie ważna. Jakby to było coś dużo więcej, niż tylko śmiech. Jakby poczucie humoru, które tak czasem mi towarzyszyło, było wytwarzaniem dystansu. Stwarzaniem przestrzeni.

Takim czymś całkiem przeciwnym do tego, co na co dzień, przeciwnym do przybijania wzroku do spraw, do czynienia ich śmiertelnie ważnymi, ważącymi, poważnymi. Gdy wszystko staje się ważne i poważne, życie staje się ciężkie i gorzkie. Brnie się wtedy przez nie, jak przez pole zarośnięte wysokimi chwastami. I właściwie nie widać drogi pod stopami. Bo w naszych oczach rosną wszędzie te ważne rzeczy.

Trochę i taki charakter jest mojej religii, która jest śmiertelnie poważna. Rzucający żarty biskup, czy chichoczący kardynał są zupełnie nie do pomyślenia. Śmiertelnie poważna jest polityka, bo wiadomo, tam się decydują sprawy życia i śmierci, losów państw i narodów. Katastrofa w każdej chwili nam grozi. Trzeba się bronić, atakować, walczyć. Ważna jest każda nasza porażka, dlatego nie wolno jej popełnić. Każdy błąd, dlatego trzeba go uniknąć. Ważne są gesty, myśli, problemy.Najważniejsi jesteśmy w tym wszystkim my sami i nasze myślenie. A może jednak nie?

Może zdrowo jest z tego wszystkiego umieć się pośmiać. Poczucie humoru odbiera całemu temu gąszczowi spraw ich wagę. Ich śmiertelnie poważne znaczenie. I wtedy, gdy to wszystko znika, zaczynamy dostrzegać to, co naprawdę ważne. A co to takiego? To, co jest między nami. Między mną a drugim człowiekiem. Między mną a Bogiem. To te relacje są najważniejsze. Wszystko inne my czynimy ważnym i „Żebyś się nie ważył z tego dowcipkować!”. A może jednak?

Więc chwała wszystkim, co potrafią żartować, śmiać się, także ze swoich spraw i z samych siebie. Bo czynią życie lżejszym, bo pozwalają zobaczyć oczywistość, którą zasłania wkurzająca, śmiertelna powaga, że jesteśmy cudami na tej ziemi, stworzonymi dla siebie nawzajem, stworzonymi do życia, stworzonymi ostatecznie do miłości. A wszystko inne „śmiertelnie poważne” jest – jak to język mimowolnie przekazuje – śmiertelne, więc godne żartu, który odsuwa to trochę od nas, pozwalając zobaczyć właściwe proporcje i odzyskać równowagę 🙂

———————————————————————–

Książka z mojej pielgrzymki 🙂 https://camino.zbyszeks.pl/droga/

A tu śmieszne niemieckie śpiewanie. No starają się 🙂

Camino a jedność Europy

20150811_190950

Zastanawiałem się, czy można by pójść do Santiago de Compostela w drugą stronę. Z Polski przez Azję, Amerykę, znów do Europy. I okazuje się, że – poza wariantem przez Rosję – nie można. Nie można, bo to są często duże i ODRĘBNE państwa. A nowoczesna odrębność nie jest odrębnością jeszcze z XVIII nawet XIX wieku, gdzie granice przekraczało się jak się chciało i pobyt nie był warunkowany żadnymi formalnościami.

Dzisiejsze państwo to taki trochę moloch administacyjno-kontrolny. To nie jest państwo średniowieczne, gdzie brak instytucji i wszystko opierało się na wartości słowa, na woli ludzi, na lojalności. To jest państwo nowoczesno-rzymskie, gdzie administracja jest wszystkim. Człowiek się rodzi, żyje i umiera w administracji, która ogłupiona rozmiarem zadań hodowania ludzi, już sama nie wie, co czyni.

Więc żeby przejść przez Iran albo takie Indie trzeba aplikować o wizę, ale te wizy ważne 30 dni. A to za mało. Nie wiedziałeś? Możesz prawdopodobnie aplikować ponownie. W placówce dyplomatycznej. Każdorazowo zdjęcie. Koniecznie paszportowe i nie starsze niż 6 miesięcy. Świat jest poszatkowany.

Więc ta idea, żeby Europa była jedna jest ideą piękną. Ci co siedzą u siebie, radzi by ogrodzić się. Stalową blachą, asfaltować papą, żeby nie było. My tu u siebie… A co nas obchodzi…? A jak se chcesz to spadaj… Więc ten ruch wsobny, dośrodkowy, implozyjny, ze strachu, w nadziei, że da się zamurować i odgrodzić, jest.

Nie da się. To taka sama przykra prawda jak ta, że umrzemy. Nie przyjmujemy takich prawd do wiadomości i to być może naturalna predyspozycja. Ale nieskuteczna. Więc odpychamy od siebie obraz naszej śmierci. Więc chcemy widzieć swoje życie bezkreśnie, żeby przynajmniej w naszym polu widzenia, tej naszej śmierci faktycznej, nie było. Bo jak jest, to sam jej widok jest duszący i zabijający.

Nie przyjmujemy też do wiadomości prawdy, że odgrodzić się państwa nie da. Że dla ponadnarodowych sił, oddziałujących na państwa i społeczeństwa, granice nie mają znaczenia. Nie da się odgrodzić, bo handel międzynarodowy to nie jest zabawka tylko warunek przeżycia.

Dlatego potrzebna nam jest Europa. Jedna Europa. Europa, która będzie mogła stać się partnerem, a nie słabszym, popychanym kuzynem dla takich potęg jak USA czy wchodzące w wiek swojej świetności Chiny. Małe państwo zawsze będzie satelitą, usiłującym rozgrywać datki od większych, pozyskiwane w zamian za cesje takie czy inne.

Jednej Europy nie da się jednak budować na zasadzie kołchozu. Gdzie nadany, nie wiadomo przez kogo, dyrektor ustala sposób życia ludzi, wszystkie możliwe normy pracy, wypoczynku i zachowania, i wpieprza się w obyczaje, instruując pracowników w zakresie ich życia intymnego. Tak nie może być. To karykatura, jakieś odbicie w krzywym zwierciadle tej idei, by Europa była jedna.

Europa może być jedna tylko w jeden sposób. Każdy inny będzie sztywną atrapą narzuconą na jej żywy organizm i po prostu rozpadnie się. Europa może być trwale jedna tylko wtedy, kiedy łączyć ją będą, podzielane przez jej narody, wartości.

Łączenie przez wartości różni się od łączenia wg metody sowieckiego wschodu. Wg tej drugiej, azjatyckiej, wszystko trzeba ujednolicać. Trzeba ujednolicać, bo tak buduje się jedność. Jest to doprowadzanie różnych dźwięków do tej samej wysokości, by wreszcie zabrzmiał jeden czysty, głośny ton.

Łączenie poprzez wartości sprawia, że różne od siebie dźwięki przestają tworzyć chaos i kakofonię, bo każdy odnajduje coś wspólnego z innymi. Odnajdują melodię, czyli wartość, w ramach której znajdują swoje miejsce. I tak powstaje… symfonia, muzyka.

Różnice między narodami Europy są nieusuwalne. Jakie wartości je łączą? Co jest tym, co Europejczycy odnajdują jako wartościowe, niezależnie czy to Niemcy, czy Polacy, czy to Włosi, czy Holendrzy?

„Europa zbudowana została na szlaku do Santiago de Compostela” – powiedział ponoć Goethe. I tak się ongiś stało. Nie powstała ta Europa jako jedno państwo z jedną administracją i jednymi przepisami. Powstało jako obszar różnych narodów, które odnalazły same siebie na drodze do Santiago, to jest na drodze do Jakuba Apostoła.

I dziś ponownie, Europejczycy obok siebie do tego Santiago zmierzają. Apostoł Jezusa sprawia, że wieczorem, zmęczeni całodziennym dźwiganiem dobytku na 30 dni drogi, siadają obok siebie. Żartują, rozmawiają, dzielą się swoimi marzeniami, obawami. Odkrywają, że w tej przestrzeni, tego co ważne, tego o czym się myśli i do czego się tęskni, my Europejczycy jesteśmy bardzo podobni.

Więc chyba trzeba odwagi. Odwagi by wypowiedzieć, tę prostą prawdę, że potrzebujemy powrotu do korzeni, po prostu do prawdy o nas samych. Potrzeba by tego wygnanego ze świata stworzonego przez media, narodzonego 2017 lat temu, Jezusa znów przypomnieć. By zobaczyć go jako szansę. Także jako szansę cywilizacyjną, bo to właśnie na jego przesłaniu, zbudowano całą cywilizację zachodnią, z jej szacunkiem dla indywidualnego człowieka, z jej przesłaniem niesienia pomocy słabszym, biedniejszym, poszkodowanym. Także z jej otwartością i szerokim marginesem osobistej wolności.

Marzy mi się, żeby Angela Merkel, szefowa – nomen omen – partii chrześcijańskiej demokracji, zaczęła się do chrześcijaństwa odwoływać wprost i oficjalnie. Pewnie najlepiej jakby przeszła się do Santiago, przynajmniej ze trzy dni, z plecakiem na plecach. Marzy mi się, żeby Francja dosłużyła się elit, które nie będą unikać odwołania do Boga, jak przysłowiowy diabeł, wody święconej.

Tak. Były błędy. Pewnie i jeszcze są. Błędy, ze strony hierarchii, błędy ze strony Kościoła. Było posługiwanie się religią do wzajemnych waśni i wojen. Życie to nie są linie proste. Ale bez kierunku, bez jego wskazania, będziemy się osuwać. Z jednej strony w narzucaną nam sowiecko-kołchozową urawniłowkę. Z drugiej strony w Brexity, w wołania o wyjście z UE, w fałszywe hasła o pełnej suwerenności jako alternatywie dla jednej Europy. Oczywiście, ta pełna suwerenność może być zagwarantowana przez obce wojska na własnym terenie.

Chrześcijaństwo zostało, przez niechętne mu elity rządzące Europą, niemal wygnane. Przechwyciły one instytucje, mechanizmy życia społecznego. Naprzeciwko nich stoi zachowawczy Kościół, który z jednej strony ubiega się o dotacje, wiadomo – europejskie, z drugiej toczy wewnętrzne spory i skupia się na sobie. Warto by chrześcijańskie wartości, takie jak samo odwołanie się do Boga, jak przekonanie, że to właśnie z wiary w Niego, wynikają wszelkie nasze prawa i nasza godność, warto by te wartości najpierw na nowo, głośno wypowiedzieć w polityce, a potem umieścić je na właściwym miejscu. To znaczy w świadomości wszystkich. Tych co rządzą, tych co są obywatelami, nas samych.

I wtedy Europa będzie jedna choć będzie różna. Będzie jedna dzięki temu, że jest różna. Bo różnice, wbrew kołochozowemu szaleństwu, są piękne i stanowią o urodzie życia. W takiej Europie chciałbym żyć, w takiej Europie chciałbym mieszkać. Tym dwóm ruchom – jednemu podszytemu totalitarnymi zapędami ujednolicania ludzi, drugiemu widzącemu przyszłość w odgradzaniu się i rozdrabnianiu Europy – nie wierzę.

Europa rozdrobiona jest dobra tylko dla jej wrogów i rywali. Na krótką metę także dla najsilniejszych państw europejskich. Europa jedna, ale poprzez wartości łączące różnice, jest dobra dla Europejczyków. Którzy wcale nie mniej są wtedy Włochami, Irlandczykami czy Polakami. Są nimi wtedy o wiele bardziej. Bo to coś sympatycznego, spotkać kogoś, kto się od nas różni, a z którym łączy nas, to co najpiękniejsze.

—————————————————————————–

A teraz, żeby było ładnie i różnorodnie dwie piosenki z europejskiego targowiska próżności 🙂 Pierwsza śpiewana jest przez Chorwatkę po angielsku:

I jeszcze jedna, śpiewana przez Austriaczkę po francusku 🙂

—————————————————————————–

Mój blog pielgrzymkowy: [—Link—]

Moja książka (jeszcze wciąż, możliwa za darmo): [—Link—]

Życie to droga

Przed Pirenejami

W 1912 roku Antonio Machado opublikował zbiór wierszy „Campos de Castilla”.  Miał wtedy 37 lat, więc był w tym wieku, gdzie jeszcze niesie człowieka rozpęd młodości, a jednocześnie pojawiają się dojrzałe refleksje na temat życia, ludzi, otoczenia.

W tym zbiorze wierszy opublikowanym 105 lat temu jest i taki, który opowiada o camino. Doczekał się on po latach wersji śpiewanej. Nie jest prosty w odbiorze. Ale chyba wart zapoznania się:

Todo pasa y todo queda,
pero lo nuestro es pasar,
pasar haciendo caminos,
caminos sobre el mar.

Nunca persequí la gloria,
ni dejar en la memoria
de los hombres mi canción;
yo amo los mundos sutiles,
ingrávidos y gentiles,
como pompas de jabón.

Me gusta verlos pintarse
de sol y grana, volar
bajo el cielo azul, temblar
súbitamente y quebrarse…

Nunca perseguí la gloria.

Caminante, son tus huellas
el camino y nada más;
caminante, no hay camino,
se hace camino al andar.

Al andar se hace camino
y al volver la vista atrás
se ve la senda que nunca
se ha de volver a pisar.

Caminante no hay camino
sino estelas en la mar…

Hace algún tiempo en ese lugar
donde hoy los bosques se visten de espinos
se oyó la voz de un poeta gritar
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Murió el poeta lejos del hogar.
Le cubre el polvo de un país vecino.
Al alejarse le vieron llorar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Cuando el jilguero no puede cantar.
Cuando el poeta es un peregrino,
cuando de nada nos sirve rezar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso.

[źródło]

W moim tłumaczeniu wiersz ten brzmi tak:

Wszystko przemija i wszystko zostaje
Przechodzimy przez życie
Wydeptując w nim ścieżki
Ścieżki w wielkim morzu

Nie szukałem nigdy sławy
Nie chciałem też słów moich zapisać
I w ludzkiej pamięci, zostawić na zawsze
Kocham po prostu słowa
Lekkie, delikatne
Jak bańki mydlane

Lubię patrzeć, gdy błyszczą w słońcu,
Kąpią się w czerwieni
Unoszą się w błękicie nieba
Wibrują, drżą i niespodziewanie pękają…

Nie szukałem nigdy sławy

Wędrowcze, droga
to twoje ślady i nic więcej
Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków

Idąc, zostawiasz w życiu ścieżkę
I gdy obejrzysz się za siebie
Zobaczysz szlak
Którego nikt nie przemierzy ponownie

Wędrowcze, nie ma drogi
Tylko ślady na morzu…

Dawno temu, gdzie las
Dziś w ciernie stoi przystrojony
Brzmiał donośnie  głos poety
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

I umarł poeta, od domu daleko
I obca go ziemia przykryła
I gdy wyruszał, słyszano że płakał
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

Kiedy szczygieł nie może już śpiewać
Kiedy poeta jest pielgrzymem
Kiedy modlitwa zdaje się na nic
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem.

Myślę, że wiersz jest warty przeczytania i zasłuchania się. Więc może posłuchajmy:

 

Myślę też, że ten wiersz oddaje tę zapomnianą prawdę, że nasze życie jest drogą, którą przechodzimy. Drogą jedyną. Nigdy już takiej nie będzie. Także pielgrzymkowe drogi, to nie tyle wyznaczone szlaki, znaki, ścieżki, co raczej właśnie te wydeptane trudem, nadzieją, wysiłkiem, skropione potem, jedyne rzeczywiste.

Przechodząc przez świat, przez życie zostawiamy ślady. Tworzymy te cudowne, czasem ciemne, czasem słoneczne, drogi. I z tych śladów, dróg składa się cała rzeczywistość.

Warto tu przywołać Nelsona Mandelę i jego słowa:

„To co się w życiu liczy, to nie prosty fakt, że się żyło. Tylko to, jaką różnicę, zostawiło się w życiu innych”.

Antonio Machiado chyba nie był specjalnie religijny, a jednak i u niego, poeta staje się pielgrzymem. Bo nie ma innego wyjścia. Bo droga pozbawiona celu, rozpada się. Bo wszyscy tak naprawdę dążymy. Do Santiago, do ludzi, do miłości, do Boga. Tworząc nasze jedyne, unikalne drogi. Obyśmy doszli 🙂

Katolicyzm i Camino

Katolicyzm i Camino

Pozornie nie ma sobie dwóch bliższych sobie rzeczy niż katolicyzm i camino. Wszak pielgrzymi idą do grobu św. Jakuba Apostoła. Wszak taka droga wymaga nieporównanie większego wysiłku i poświęcenia niż „zwykłe” formy religijności. Wszak ten grób znajduje się w katolickiej katedrze w Santiago de Compostela i polski, katolicki papież – Jan Paweł Wielki – wezwał do wznowienia ruchu pielgrzymkowego i zainicjował ten współczesny fenomen zachodniego świata, jakim są setki tysięcy ludzi, indywidualnie pokonujących setki kilometrów w drodze do św. Jakuba.

A jednak te dwie rzeczywistości, te dwa „światy”, katolicyzm i camino, wcale tak bardzo nie są ze sobą razem, wcale tak bardzo się ze sobą nie identyfikują. Co o tym świadczy, skąd się to bierze, dlaczego tak się dzieje?

Najpierw warstwa faktów. Europa jest po reformacji i po ateizującej Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jest też po doświadczeniu dwóch przerażających wojen, które przeorały wrażliwość i pojęcie o świecie Europejczyków. Stąd istnieją w Europie szerokie jej połacie, gdzie katolicyzmu po prostu nie ma. Gdzie jedyny budynek kościoła jest zamknięty albo gdzie jest to kościół protestancki. Są tereny i grupy ludności, dla których katolicyzm to wyłącznie papież, którego można czasem zobaczyć w telewizji, poczytać o nim w internecie albo wyjątkowo spotkać, zwłaszcza dawniej, gdy papież – największy pielgrzym wśród współczesnych papieży – przemierzał świat w poszukiwaniu ludzi.

Więc katolicyzm nie jest już najzwyczajniej religią Europy, tak jak to miało miejsce w czasach, gdy pielgrzymowanie do Santiago się zaczynało, w czasach wczesnego średniowiecza. Dziś po ścieżkach camino chodzą i katolicy i ateiści, i protestanci, i buddyści, i ci co nie wiedzą jeszcze kim chcą być, czy gdzie należy ich zakwalifikować. Dziś camino biegnie terenami, gdzie można przez wiele dni nie spotkać katolickiego kościoła czy księdza, bo kościoły zamknięte, bo tereny reformacją przeniesione w protestantyzm.

Czysta zatem, fizyczna, rzeczywstość sprawia, że katolicyzmu dziś z camino utożsamiać tak naprawdę się nie da. Są wzajemne związki. Są one, pewnie najsilniej, w pielgrzymach katolikach, szczególnie tych z Polski.

Następna różnica, innymi słowy niespójność, leży w przestrzeni przeżywania wiary, życia, w sposobie myślenia i zachowania.

W swoim mainstreamie, katolicyzm zachęca do wiary, która polega na jak najwierniejszym i jak najintensywniejszym powtarzaniu gestów, praktyk, myśli, które podaje do powtarzania i myślenia. Nawet emocje są zadekretowane. Katolik na komendę się smuci, cieszy. Na komendę myśli, przeżywa. Najwyższą jego cnotą jest powielanie dostarczonych mu prawd wiary i postępowanie wg zasad, jakie głosi święta tradycja Kościoła. Odradzanym, podejrzanym i groźnym odstępstwem jest własne myślenie o tych sprawach, wtedy gdy różni się od jedynie słusznego.

Camino jest tu odwrotnością tego podejścia. Szczególnie camino w wersji samodzielnej i indywidualnej. Camino jest osobistą podróżą. Gdzie? W sumie do Boga, bo nie da się nigdzie indziej pielgrzymować. Bo nawet ci, co deklarują w niego niewiarę, pielgrzymują by poznać bardziej siebie, by poznać bardziej ludzi, by odnaleźć prawdę. A przecież w tych trzech obszarach to Bóg jest tym, kogo się poznaje, bo on sam stoi u podstaw istnienia, człowieka i prawdy.

Istotą camino jest osobiste doświadczenie, tak jak istotą katolicyzmu jest grupowe powtarzanie zachowań i myślenia. Na camino człowiek staje wobec Boga sam, w katolicyzmie w grupie staje wobec księdza, który „ma klucze do królestwa niebieskiego”.

Katolikom w katolicyzmie brak jest uczucia i doświadczenia. Tego osobistego poznawania i bezpośredniej,  autentycznej drogi do Boga. Pielgrzymom na Camino, brak jest grupowego spotkania w drodze do Boga, współdzielenia modlitwy, bycia częścią jednego organizmu społecznego.

Rozbieżności współczesnego camino i katolicyzmu, te wynikające z uwarunkowań praktycznych i te wynikające z podejścia do religijności, uzewnętrzniają się w postawach ludzi.

I tak większość pielgrzymów (w mojej ocenie 80-90%) nie próbuje nawet po drodze uczestniczyć w obrzędach religijnych, nawet gdy jest po temu możliwość. Najzwyczajniej w świecie nie widzą sensu ani potrzeby. Wyszli na camino by poznawać, wypoczywać w pocie czoła, odkrywać, nawet wyszli by szukać Boga, ale do kościoła, najzwyczajniej w świecie, się nie wybierają.

Kościół ze swojej strony, sprawując pieczę nad grobem Apostoła, wykazuje generalnie brak zainteresowania pielgrzymami. Generalnie, bo są wyjątki. Jest Santiago de Compostela, jest Vezelay, Le Pui. Są księża, którzy pielgrzymom serce i ostatnią szatę oddadzą i to jest kwiat kościoła, jego najcenniejsza część.

Jednak na blisko 30 miejscowości w jakich można zanocować na Camino del Norte, religijne i katolickie elementy spotkałem tylko dwa razy. Chodzi o krzyż, pismo święte czy o zachętę do odwiedzenia kościoła i wzięcia udziału w nabożeństwie. Było to raz w Monte do Gozo, polskim schronisku pod nadzorem polskiego księdza. Dwa, w schronisku prowadzonym przez świeckie stowarzyszenie z Anglii w Miraz. Dużo częściej w schroniskach można spotkać pięknie wydany „Zohar”, a więc podstawowy tekst żydowskiej mistyki i średniowiecznej kabały. Czy coś nam świta? Coś na temat tego jak Kościół zajmuje się pielgrzymami?

Na terenach protestanckich w Niemczech, lokalne kościoły dbają o pielgrzymujących do Apostoła. Utrzymują na własny koszt schroniska, troszcząc się o pielgrzymów i zapewniając im możliwość przenocowania, gdy pogoda zła i po całym dniu człowiek słania się na nogach. Na terenach katolickich niczego takiego już nie ma. Tam katolicyzm jest zajęty sobą, wierzeniem w prawdy, powtarzaniem obrzędów, a nie jakimś tam pielgrzymami.

W Polsce poziom przyjęć na parafii oceniam na jakieś 50%. Z jednej strony to zrozumiałe, bo parafia nie trudni się udzielaniem noclegów, choćby na podłodze w jakimś schowku czy salce. Z drugiej strony przecież „byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie”. Więc…?

Praktyka samodzielnego pielgrzymowania pozostaje dla kościoła katolickiego wyzwaniem. Zagadką, szansą i zagrożeniem. Wyzwaniem i zagadką, bo jest zjawiskiem, którego kościół nie kontroluje, nad nim nie panuje i nie bardzo rozumie. Zagrożeniem, bo narusza podstawowe mechanizmy kościoła, a więc grupowe wierne kopiowanie postaw i sposobów myślenia. Wreszcie szansą, bo to co jest największym deficytem obecnego kościoła, to spotkanie spontanicznej, autentycznej i pochodzącej z przeżycia, relacji z Bogiem.

Więc camino i katolicyzm się spotykają, mają ze sobą wiele wspólnego, ale wciąż nie łączą się ze sobą tak, jak w 1040 roku, gdy być Katolikiem to znaczyło pielgrzymować. Oprócz Rzymu i Jerozolimy, w szczególności do Santiago, gdzie pochowany jest pielgrzym, przybyły ongiś z Jerozolimy. Nie pielgrzymował tam, by odwiedzać kościół. Pielgrzymował, by go zakładać. Te wysiłki jego wtedy, jak nasze często teraz, generalnie przyniosły skromny rezultat. Jednak po wiekach, od iskry zapalonej przez papieża z Polski, dały ponownie dziwny i niespotykany owoc. Setki tysięcy obywateli zlaicyzowanego świata, zmierzające do grobu Jakuba. W poszukiwaniu siebie. W poszukiwaniu ludzi. W poszukiwaniu Boga, którego przyjście, śmierć i zmartwychwstanie, ogłaszał.

———————————————————————–

Link do totalnie niezwykłej jak na warunki polskie, bo szczerej, relacji z 4 miesięcznej pieszej pielgrzymki z Polski do Santiago: https://camino.zbyszeks.pl/droga-pobieranie/

Pieśń wszystkich pielgrzymów – Ultreïa!

Wprowadzenie w 1138 roku w życie postanowień testamentu Bolesława Krzywoustego, dało początek rozbiciu dzielnicowemu Polski i wzajemnym walkom na blisko dwieście lat w kraju nad Wisłą.

Było to czterdzieści lat po zdobyciu Jerozolimy przez I Wyprawę Krzyżową. W tym właśnie czasie, pieczołowicie przepisywany, ukazał się papieski dokument: Codex Calixtinus, poświęcony kultowi św. Jakuba oraz pielgrzymowaniu do Santiago de Compostela. W nim to właśnie zawarte są pierwsze odniesienia do pieśni pielgrzymów.

Ultreïa to słowo pochodzenia łacińskiego, ale nie należące do czystej łaciny. Oznacza „naprzód”, „dalej” i temu podobne. Ponoć pielgrzymi tym słowem właśnie pozdrawiali się w tych wczesnych wiekach Europy.

Warto tę tak niesamowicie dawną piosenkę znać. Mimo albo zwłaszcza dlatego, że jest ona po francusku. Warto, bo tak trochę kontynuujemy drogę dawnych pielgrzymów, dla których pielgrzymka była jeszcze większym wysiłkiem niż dla nas.

Warto ją zaśpiewać, zwłaszcza gdy droga daleka, człowiek wyczerpany, a przyszłość wcale nie jest pewna. Warto ją zaśpiewać, idąc ścieżką wśród pól, wzdłuż ściany lasu, drogą wiodącą w góry.

To piękna piosenka, więc teraz już tekst, moje niezdarne tłumaczenie i przykładowe wykonania:

Ultreïa (French)
Tous les matins nous prenons le Chemin,
tous les matins nous allons plus loin,
jour après jour la route nous appelle,
c’est la voix de Compostelle!

Chorus:
Ultreïa! Ultreïa! Et sus eia!
Deus adjuva nos!

Chemin de terre et Chemin de foi,
voie millénaire de l’Europe,
la voie lactée de Charlemagne,
c’est le Chemin de tous les jacquets!

Et tout là-bas au bout du continent,
Messire Jacques nous attend,
Depuis toujours son sourire fixe
Le soleil qui meurt au Finisterre.

 

Polskie tłumaczenie (moje 🙂

Codziennie rano wyruszamy w drogę
Każdego ranka idziemy wciąż dalej
Dzień po dniu wzywa nas droga
To głos z (Santiago de) Composteli

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

Droga wśród pól. droga naszej wiary
Droga tysiąca lat Europy
Droga Mleczna Karola Wielkiego
Droga wszystkich pielgrzymów jakubowych.

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

I tam, na końcu kontynentu
Czeka na nas święty Jakub
Z uśmiechem na ustach przez wieki
I słońce, które gaśnie w Finisterze

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

A teraz już…  średniowieczna piosenka pielgrzymów!

 

Przydatne linki:

La Chanson du Pèlerin Ultreïa !

Ultreïa!

What does the word ‘Ultreia’ mean?


Książka o mojej pielgrzymce z Polski do Santiago: LINK

Raport nr 4 z rozpowszechniania się „Drogi”

Niełatwe są między nami relacje. Najpierw to była krew, pot i łzy przy tworzeniu ponad tysiącstronicowej relacji. Potem zachwyt i ekstaza, że się udało. I ogromne nadzieje na przyszłość. Że wydadzą. Że poznają się. Że przecież… wiadomo, co w środku. Dalej przyjemny okres, burzliwego dość, rozpowszechniania się i wreszcie przyszła jesień, a potem zima.

Nikt cię nie chce, moja „Drogo”, z tych wielkich, usytuowanych, wyposażonych. Siedzą wysoko w swoich fotelach, na swoich pozycjach, zajęci przesypywaniem tego, czego ich nauczono. Czyż mogę mieć do nich pretensje? Pewnie, że mogę. Tyle, że to byłoby głupie. Po prostu głupie.

A jednak. A jednak ciągle nie możesz się skończyć. Ciągle ktoś cię czyta, podzieli się opinią o wrażeniach z lektury. I ciągle – ile razy można powtarzać „ciągle”? – są to wrażenia bardzo pozytywne.

Więc, choć już miałem o tobie zapomnieć, odłożyć cię na półkę z napisem „zapomnienie” albo tą z tytułem „odrzucenie”, ciągle do mnie wracasz. Czymże jesteś? – chciałbym zapytać. Bo droga to przecież coś niepomiernie więcej, niż droga po prostu. To coś „tak dużo”, że nie sposób opisać, ani wypowiedzieć. Może to nić życia, którą dane mi było, jakoś poprzez czas, emocje, zdarzenia i czynności wpleść w to życie przez duże „Ż”. Jak każdemu z nas zresztą.

Byłem w drukarni. Najpierw rozpoznanie zdalne, teraz wizyta techniczna. Tak można wydrukować. Tysiąc stron na jedną książkę?
– Nie ma mowy – kręci głową drukarz/wydawca – rozleci się.
– Nawet jak szyta?
– Nawet jak szyta.
– To co?
– To muszą być dwa tomy po pięćset.

Więc generalnie to jest do zrobienia. Serio. To możliwe. Cena za książkę w grubej oprawie i szytą a nie klejoną, taką na 500 stron, to 45-60 zł. przy małym nakładzie.  Może coś się da taniej, bo to pierwsza oferta.  Wiadomo. Książka z dwóch tomów, to by było 90-120 zł. Są ceregiele z watem i egzemplarzami obowiązkowymi. Ale może na święta? Choć to już późno.

Więc mógłbym poprosić potencjalnych czytelników o deklaracje czy chcą i potem przyjąć wpłaty. Byłoby zapotrzebowanie i finansowanie. Drukarnia spokojnie wydrukuje za te pieniądze. Byłaby realizacja. Ale tu pojawia się problem. Bo trzeba by ludziom, tę książkę sprzedać. A to transakcja i działalność gospodarcza. Partyzantka tu odpada. Więc koszt w postaci choćby ZUS. To nie dla mnie.

Więc mam kłopot ze stroną transakcyjną. Konstruktywne podpowiedzi mile widziane.

Chodzi mi też ciągle po głowie audio. Ale to na później. Bo trzeba by jakiś porządny mikrofon. A który porządny? A ile to? I tak dalej. I temu podobne.

Więc nie odkładam „Drogi” na półkę. Zawsze proszę i apeluję o jej polecenie, rzecz jasna tylko wtedy jak sama do siebie czytającego przekona. Jest to jedna z tych rzeczy, które zrobiłem w życiu, że gdy sobie o niej pomyślę, to się uśmiecham. To chyba jednak dobrze…

Na koniec liczby.
Ilość pobrań darmowych: 1 274
Ilość osób pobierających:     700  (szacunkowa)
Ilość recenzji po przeczytaniu całości: 5
Ilość dotacji: 4
Ilość zakupów ebooka: 8   (cena jest trochę zaporowa: 45 zł)
(większość i tak zjadają podatki i koszty dystrybucji)
Ilość informacji o tym, że książka jest czytana jest spora ale już już jej nie liczę.

Tak szczerze mówiąc to podziwiam ludzi, którzy tak długą książkę czytają w postaci elektronicznej. Wierzę, że „Droga” ukaże się drukiem.

Strona do deklarowania chęci nabycia „Drogi” drukiem już jest i działa. Można za jej pomocą taką chęć wyrazić. Jak chętnych nie będzie, to kłopot z głowy 🙂 Jak będą, to będzie doping, by jakość ten podmiot przeprowadzający transakcję znaleźć i całość doprowadzić do skutku. Zysk w każdym przypadku 🙂

Camino czyli moja Polska w Europie – cz.2 Francja, Hiszpania

Schengen

Schengen

Gdy wchodziłem do Francji było 39 stopni w cieniu. Na dodatek miałem tego dnia przypadłość powodującą ostre odwodnienie. Szedłem przez Schengen. Symbol otwartych granic w Europie. Małe miasteczko, niczym się nie wyróżniające. Poza tą nazwą, która zniosła szlabany.

Doszedłem tego dnia do Koenigsmacker. Pierwszy zamierzony nocleg we Francji. Na parafii w Koenigsmacker proboszczem był polski ksiądz. Niestety. Na moje uporczywe moje dzwonienie odpowiadała niema cisza, sącząca się z budynku parafii. Więc sobie poszedłem. Szedłem wzdłuż szosy, nocą, coraz bardziej wyczerpany. W końcu położyłem się na jakimś ściernisku kilka metrów obok drogi. Strasznie chciało mi się pić.

Drugiego dnia, idąc, desperacko szukałem sklepu czy miejsca gdzie mógłbym nabrać wody. Na próżno. Dostrzegłwszy na jednej z posesji staruszkę o siwych włosach, zacząłem swoje nieudolne:
– Pardon. Pardon!
Kobieta podeszła do furtki i dłuższą chwilę patrzyła bez zrozumienia, na moje wysiłki, by po francusku powiedzieć, że chce mi się pić. Odeszła. Gdy wracała miała w ręce butelkę wody mineralnej. Na koniec powiedziałem już w swoim języku:
– Dziękuję.
– O! Dziękuję!? – podniosła oczy staruszka. – Ja rozumiem!

Coś mi się wtedy stało. Jakieś uczucie, jakaś emocja, której nie sposób słowami opisać przeszyła mnie na chwilę. To było pierwsze spotkanie z Polską we Francji.

Tego dnia, drugiego we Francji, nocowałem u księdza Wiesława w Metz. Było pięknie, nawet żurek. To tam po raz pierwszy wpadłem na to czym się różni Francja, Polska i Niemcy.

Potem „polskie” ulice i place w niewielkich francuskich miejscowościach, jak na przykład Place de la Pologne w Roquefort.

Roquefort

Roquefort

Ale najbardziej chyba uderzyło mnie spotkanie z Maurice i Odette. Mieli wiele więcej lat niż ja. Mówili po francusku i niemiecku. I nagle Maurice zaczął po polsku. Zaledwie kilka słów. Ale… skąd on je znał???

We Francji jest Polski chyba więcej niż w Niemczech. Jest ta Polska trochę we francuskim zachowaniu, w pewnej lekkości i spontaniczności. Jest w nazwach ulic. Jest w polskich duchownych. Jest, choć tam nie byłem, w grobach wielkich Polaków. Jest we Francuzach. Jest ta Polska we Francji, też z tego powodu, że ja tam jestem. I zawsze będę. Bo Francuzi ujęli moje serce. I są moimi przyjaciółmi. Nie. Nie w głupi emocjonalny, pozbawiony rozsądku sposób. Ale w sposób ludzki. Głębszy niż racjonalne rozumowanie, a jednocześnie prostszy.

Pewnie też długie lata polskiej emigracji, jakoś na to wszystko wpłynęły, tak że Polsce do Francji nie jest daleko. Że Polska we Francji jest. I samotny Polak wędrujący przez ten największy w Europie kraj (na zachód od Bugu) znajduje tu echa swojego domu i nie czuje się tu wcale obco.

Ulica Fryderyka Chopina

Ulica Fryderyka Chopina

W Hiszpanii to jednak Monte do Gozo i „polska” albergue dla pielgrzymów. To jest instytucja. To jest znak. To jest symbol polskości. Tu są polscy gospodarze, tu jest polski ksiądz, tu można pójść na polską mszę (czasem i w Santiago).

Monte do Gozo

Monte do Gozo

Ale w Hiszpanii, Polska to właściwie Polacy, a najczęściej polscy pielgrzymi. Choć napotkałem np.  polskie małżeństwo na poczcie w Portugalette. Pomogli mi wysłać paczkę do domu. Serdeczność i pomoc, ot… Polska.

Polskich pielgrzymów na ścieżkach Camino, spotyka się całkiem nieoczekiwanie. W kolorowej mozaice narodów i kontynentów, zawsze się wyróżniają. Czym? Religijnością. Dojrzałością. Otwartością.

Widziałem ich idących pieszo, spotykałem jadących na rowerach. Nie zapomnę pięknego spotkania z dzielnymi rowerzystami Włocławka.

Zdjęcie ze strony https://kujawynarowerze.pl/?p=283

Zdjęcie ze strony https://kujawynarowerze.pl/?p=283

Jechali aż z Polski. Ja szedłem w towarzystwie krajanki – Agaty. I nieoczekiwanie… trzech rowerzystów z Polski! I ta polskość wtedy wybucha. Pojawia się. Jaśnieje. W uśmiechach. W serdeczności. W brzmieniu języka. Jesteśmy poza domem, poza krajem, poza kręgiem bezpieczeństwa. Odnajdujemy się na obczyźnie. Ale gdy odnajdujemy się nawzajem, to ta Polska, która nas wychowała, która nas ukształtowała, pojawia się z całą siłą. I jakoś tak dumni jesteśmy. Żeśmy Polakami.

Specjalna uwaga należy się polskiej młodzieży. Wiem, ja się do niej nie zaliczam, podobnie jak część z napotkanych polskich pielgrzymów. Nie wiem czy to sprawiedliwie czy nie, czy to wypada czy nie wypada, ale muszę oddać szacunek młodym Polakom.

Nie spotkałem podobnych młodych ludzi. Równie pięknych, duchem i ciałem.  Równie dojrzałych. Równie odpowiedzialnych. Równie mądrych. Równie spontanicznych. Równie prawdziwych.

To jest prawdziwy kwiat narodu polskiego i jego wielka nadzieja na przyszłość. Nie mają naszych (ludzi dojrzałych) wad. Mają za to wszystkie zalety. Aż serce we mnie rośnie, na wspomnienie Staszka, Agaty czy Justyny. Czy wielu innych jakich spotkałem na drodze do Santiago. Wyróżniają się na tle młodzieży innych narodowości. Nie będzie im łatwo. Bo u nas nie jest łatwo. Jednych to łamie. Innych hartuje. Taki nasz już los, Polaków. Że się zmagamy.

I na koniec wypada oddać co należne największemu apostołowi polskości w świecie, a więc i we Francji i w Hiszpanii. Jan Paweł Wielki, bo o nim mowa, to znak. Znak narodu polskiego wobec wszystkich innych. I wierzcie mi, znak który został właściwie odebrany.

Grafika ze strony: https://www.swjakub.pl

Grafika ze strony: https://www.swjakub.pl

Taką estymą jaką cieszy się nasz papież, nie cieszy się chyba żadna postać w krajach przez jakie szedłem. Na wspomnienie i przypomnienie papieża Polaka, szacunek okazują Francuzi i Hiszpanie i nawet Niemcy. Jego pomniki, rozsiane po tych krajach, dekorują pamięć społeczeństw i narodów. Jego popiersie w katedrze w Santiago de Compostela przypomina, że to on zainicjował ten cudowny fenomen, ponownego pielgrzymowania do grobu świętego Jakuba. To papież Polak, przywrócił ludziom szalki pielgrzymkowe przez Europę. To jego, bożym natchnieniem kierowane, gesty i czyny, sprawiły, że ludzie z całego świata idą.

Idą, żeby poznać siebie samych. Żeby poznać siebie nawzajem. Żeby odkrywać Europę. Swoją własną tożsamość. I w końcu, choć nie zawsze są tego świadomi, żeby odkrywać Boga. Bo każda prawdziwa pielgrzymka do Niego samego prowadzi. Do tego szczęścia i spełnienia. Do tej mety i do tej Nieskończoności, która wzywa, która u ludzi budzi „zew”, przynaglający ich do wyjścia z domu, do szukania, tego co jest bardzo blisko. Ale żeby to odnaleźć, warto wyjść. Warto ruszyć. I okazuje się, szczególnie w przypadku Polaków, że niczego się nie gubi, a Polskę spotyka się ciągle w Europie. Bo to jeden dom. Szarpany czasem waśniami, ale dom, który swoim pielgrzymowaniem, pielgrzymi scalają na nowo.

 


Wszystkiego więcej i dokładniej w mojej „cudownej” książce (ech… wiem, że przesadzam, a może nie?), wiem wszystko, mimo to polecam, proponuję, zachęcam, namawiam, reklamuję. Bo to „coś innego”. Bo żadna instytucja, ani grupa tego nie poleci, bo to na przekór, bo to prawdziwe:

https://camino.zbyszeks.pl/droga/