Miesięczne archiwum: Luty 2017

Trzy drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista

20150728_084752

Celem chrześcijanina jest jego własne szczęście. Chce pójść do nieba, a to oznacza, że chce być szczęśliwy. Egoista też chce własnego szczęścia. Zrobi wszystko, by je osiągnąć. Poświęci wszystko i wszystkich.

Jeden i drugi chce dokładnie tego samego. Jeśli egoizm jest dążeniem do własnego szczęścia, to chrześcijanin jest egoistą. Jaka jest więc różnica między tymi dwoma typami ludzi, między tymi dwoma postawami? Czy może to jest jedna i ta sama postawa występująca w dwóch „formach”, „otoczkach ideowych”?

Różnicą jest metoda. Choć cel jest ten sam – dobro własne, doświadczenie szczęścia, to różna jest droga do tego celu.

Chrześcijaństwo polega na utracie siebie. Siebie można odnaleźć, uratować wyłącznie siebie tracąc. Zostawiając siebie za sobą i wyruszając w kierunku Dobra, w kierunku Miłości, w kierunku Boga. Taki człowiek zostawia literalnie wszystko: każde swoje pragnienie, każde swoje oczekiwanie, każdą swoją myśl i w centrum swojego wzroku i swojej uwagi stawia Boga. Jest drogą do Boga i na tej drodze traci siebie samego.

Wszystkie przykazania, nakazy i zakazy są wobec tej postawy sprawami całkiem wtórnymi i bez większego znaczenia. To właśnie powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa.” I też: „Będziesz kochał Pan Boga swego z całego serca swego, z całego umysłu swojego, ze wszystkich sił swoich”. Nie jest to metafizyczna parabola znaczeniowa, tylko konkretny przepis do stosowania.

Egoista, w odróżnieniu od chrześcijanina, chce siebie uratować i zachować takim, jaki jest. Ceni siebie takiego, jakiego zna albo takiego jakiego chce i chce siebie takiego właśnie ochronić, powiększyć, wzmocnić. Uwaga egoisty jest skoncentrowana na nim samym, gdy uwaga chrześcijanina jest skoncentrowana na Bogu i bliźnich.

Chrześcijanin chce uszczęśliwić siebie poprzez utratę siebie i wierzy, że Bóg go „odtworzy”, zbuduje na nowo, większym, szczęśliwszym, pełniejszym. Egoista chce uszczęśliwić siebie poprzez zachowanie siebie. Pomysł, że miałby siebie wyrzec jest dla niego absurdalny, bo miałby się wyrzec tego, czego pragnie – siebie samego.

Chrześcijanin jest wiecznie „w drodze”. W drodze utraty siebie, w drodze do Boga, w drodze do odnalezienia siebie na nowo. Egoista jest wiecznie w tym samym miejscu, jest „u siebie”. Wzmacnia ściany swojego „ja”, obudowuje je cegłami, oblewa się cementem, chce być niezniszczalny w środku. Jest ciągle w miejscu, które chce posiadać.

Nie należy popadać w błąd. Zarówno chrześcijaństwo jak i egoizm dają człowiekowi pozytywne odczucia. Dają satysfakcję, poczucie „przyjemności”, spełnienia. Dają doświadczenia odbierane jako przyjemne. Dają to, czego człowiek potrzebuje – odczucie szczęścia.

Możemy zjeść jakiś specjalny dla nas owoc. Każdy pewnie pamięta, taki niezwykły smak i wszystkie doznania jakie się z nim wiązały. Dla mnie to była dojrzała w słońcu, nagrzana nim, zerwana wprost z drzewa francuska brzoskwinia. Nie do opisania. Możemy też wstrzyknąć sobie heroinę. (Ponoć) Wrażenia są nie do opisania.

Ewa zjadła zakazane jabłko w raju i poznała, że „dobre”. Egoizm daje bezpośrednie poczucie niezwykłej przyjemności i spełnienia. Gdy się go spróbuje, człowiek staje się uzależnionym od niego i staje się egoistą, tak jak po heroinie człowiek staje się heroinistą. Zmienia się przede wszystkim jego postrzeganie „I otworzą wam się oczy”. I uczciwie mówiąc – nie widzi – innej możliwości życia.

Jednak przyjemność płynąca z egoizmu i z heroiny ma swoje „przeklęte” konsekwencje. Konsekwencje straszne. Konsekwencje określane w języku religijnym jako „piekło”.

Egoistą można być także, będąc człowiekiem szalenie religijnym. Uczestniczącym gorąco i często w obrzędach. Wyznającym głośno i publicznie. Walczącym o religię. Taki człowiek po prostu już „ZNALAZŁ”. Myśli, że „WIE”. To jego przekonanie sprawia, że donikąd tak naprawdę już nie zmierza. Widzi siebie jako dobrego, bo przecież się modli, bo przecież wierzy, bo przecież chodzi, bo przecież przestrzega przykazań i wszystkiego robi więcej niż inni. Więc JEST dobry. Więc chodzi mu o to, by takiego siebie zachować, utrzymać. I to może być właśnie droga do piekła, to jest do zamknięcia się na sobie.

Bo taki człowiek, zaczyna lekceważyć innych. Nie szanować innych. Potępiać innych. Zamiast swoją wolę porzucać w drodze do Boga, swoją wolę chce utrzymać i narzucać innym ludziom.

Taki człowiek swojego dobrego samopoczucia nie czerpie z relacji z Bogiem, tylko z upewniania się za pomocą obrzędów, że jest dobrym człowiekiem. Bycie zaś dobrym rozumie jako walkę z tymi, co inaczej postrzegają życie i jego zasady, rozumie ją, jako potępianie innych.

Jest jeszcze trzecia postawa, trzeci typ ludzi. Rzadko spotykany, bo jakoś ostateczny. To ludzie, którzy szukają nieszczęścia. Których „cieszy” niszczenie, których pasie śmierć i destrukcja. Którzy przyjemność czerpią z przyczyniania się do rozpadu i upadku, także samych siebie. To – nihiliści. Ostatnie stadium egoizmu, w którym dla przeprowadzenia własnej woli człowiek ma tendencję, by niszczyć świat, innych i samego siebie.

Tak więc chrześcijanin, egoista i nihilista to trzy drogi. Właściwiej byłoby powiedzieć o pierwszej – człowiek. Bo być człowiekiem to przekraczać granice w drodze do celu, to być w drodze, to poszukiwać. Takimi właśnie ludźmi byli zawsze Europejczycy. Byli takimi, gdy wychodzili na liczące tysiące kilometrów pielgrzymki. Byli takimi, gdy wyruszali odkrywać nowe światy. Byli takimi, gdy na uniwersytetach szukali prawdy i mądrości. Byli takimi, gdy jak św. Franciszek popadali w szaleństwo miłości do Boga.

Teraz egoizm stał się „religią” mas. Siądź i jedz. Wchłaniaj. Jesteś tego warty. Skup się na sobie. Na swoim sukcesie. Na swoich problemach. Masz wszystko, czego ci potrzeba, pracuj, konsumuj, umieraj. Podatki, rozrywka, eutanazja. Zamknięcie… piekło.

Nie tacy są ludzie zachodu. Jeszcze kościół z papieżem, jeszcze inni chrześcijanie, jeszcze ludzie, co uważają, że wcale nie wierzą, ale szukają – starają się przekraczać to, co jest i szukać, być w drodze. W nich cała nadzieja człowieczeństwa. „A (ta) nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5)

Co caryca Katarzyna II ma wspólnego z papieżem Franciszkiem i kłopot z zasadami

„myśli moje nie są myślami waszymi
ani wasze drogi moimi drogami”. (Iz 55.8)

W 1772 roku trzy mocarstwa dokonały pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. Rozpoczął się proces likwidacji Polski. Najwięcej terytorium zajęła monarchia Habsburgów, ale głos decydujący miała caryca Rosji – Katarzyna. W tym samym roku 1772 papież Klemens XIV zamknął wszystkie kolegia, domy i kościoły jezuickie. Latem następnego roku oficjalnie zlikwidował zakon jezuitów dokumentem Dominus ac Redemptor.

W przeddzień kasaty (rok 1773) jezuici byli na terenach polskich najliczniejszym zgromadzeniem zakonnym. Posiadali 137 placówek, dwa seminaria, 23 szkoły wyższe, w sumie 137 placówek i 2362 zakonników. Na całym świecie liczba zakonników przekraczała dwadzieścia tysięcy. Wszystko zostało zlikwidowane. Z jednym wyjątkiem.

Caryca Katarzyna II (urodzona w Szczecinie Sophie Friederike Auguste zu Anhalt-Zerbst-Dornburg) władczyni prawosławnego imperium wschodu, odmówiła likwidacji zakonu na terenach polskich zajętych przez Rosję. Odmówiła. Odmówiła i już. Bo tak chciała. Gdy na terenach Rzeczypospolitej po I rozbiorze rozwiązywano zgromadzenie zakonne i likwidowano jego domy, to na terenach zajętych w tym rozbiorze przez Rosję jezuici mogli dalej działać i pracować. Było to ostatnie miejsce na świecie, gdzie mieli taką możliwość.

Jezuici przetrwali. Wskutek tego niebywałego splotu okoliczności. Ich likwidacja była na papieżu Klemensie XIV do pewnego stopnia wymuszona politycznie. Przetrwali o dziwo pod władzą prawosławnego imperium, tam gdzie nie sięgała władza papiestwa ani zachodniej polityki, na ziemiach Rzeczpospolitej zajętych w czasie I rozbioru przez Rosję.

Od 1782 roku jezuici na terenie państwa rosyjskiego zwoływali tymczasowe kongregacje, wybierając tymczasowych swych przełożonych. Pozostawali też w kontakcie z następcą Klemensa, papieżem Piusem VII, który w 1801 roku ówczesnego przełożonego jezuitów – mianował generałem „na wygnaniu”. Po 41 latach w roku 1814 Pius VII przywrócił zakon do istnienia w całym kościele katolickim.

I tak oto caryca Katarzyna II sprawiła, że jezuici przetrwali i w roku 2017 jezuita jest papieżem kościoła katolickiego. Czy nie należy się zastanowić nad: „drogi wasze nie są moimi drogami”?

Warto dodać jeszcze jedno. W najnowszym wywiadzie generał jezuitów mówi o kościele, papieżu i wierze. Zacytujmy tylko jeden, krótki akapit, który jak w czasach Jezusa, będzie zgorszeniem dla ludzi kościoła: „jesteśmy niewolnikami nienawiści, która w języku teologicznym oznacza grzech. Grzechem nie jest łamanie zasad, lecz niekochanie. Grzechem jest kochanie samego siebie, zamiast Boga i bliźnich”

Ja bym dodał, że błędem też może być nadmierne kochanie poglądu, doktryny, prawa, przepisu, opisu świata jaki powinien koniecznie być. Taka miłość prowadzi nieodłącznie do pogardy i niechęci dla innego człowieka, który jakoś ów przepis, doktrynę, prawo – skrzywdzi. Przecież ci, co stali w gorącu, w samo południe na placu Litostrotos i wołali „Ukrzyżuj go!”, byli zapalonymi wyznawcami przykazań i prawa. A mimo to wołali.

——————————————————

https://camino.zbyszeks.pl/droga/

Pytanie o preferencje

Chciałbym spróbować wydać „Drogę” na papierze poprzez crowdfounding, a konkretnie przez https://polakpotrafi.pl/.

Jak się uda, to dobrze, jak nie, to trudno.

Nie wiem jednak jakie są preferencje ludzi. Gdyby pojawiła się taka zbiórka, to jaka oferta z większym prawdopodobieństwem zyskała by chętnych (nabywców lub wspierających): dwa tomy po 500 stron w twardej okładce za 125 zł czy w miękkiej za 82 zł?

Niby w miękkiej wychodzi taniej, ale twarda okładka to na dodatek książka szyta nie klejona, zatem coś solidnego.

 

Camino de Santiago a poczucie humoru

20150613_123046

Pamiętam, gdy wchodziłem do Lipska zrobiłem zakupy w napotkanym supermarkecie. Zrozumcie dobrze, pielgrzym w Germanii spotyka sklepy dość rzadko, a takie tanie jak Lidl tym bardziej. Nakupiłem, ile mogłem. Obładowany plecakiem o wadze przekraczającej 15 kg radośnie wchodziłem do tego wielkiego miasta. W samym centrum dochodziłem do przejścia dla pieszych. Patrzę, a ruszającej dziewczynie zsuwa się z ramienia jasny sweter, spada na chodnik i już. Ona pędzi przed siebie, bo zielone. Inni też poszli. Zatrzymałem się, schyliłem, podnoszę. – Hej! – wołam za nią. – Hello! – Guzik, dziewczyna już tam przebiera kilkanaście metrów dalej. Szybki rzut okiem dookoła i zaczynam pędzić za nią, bo nie mam z tym swetrem w ręku co zrobić. Matko kochana. Leciałem za nią chyba kilkadziesiąt metrów, drąc się nieustannie po drodze: – Hello, Lady! – takie tam. Gdy wreszcie ją dopadłem, byłem cały spocony i myślałem, że kostka mi eksploduje. – Przepraszam – zasunęła tym kobiecym ujmującym tonem – miałam te słuchawki – pokazała mi małe białe „pchełki”.

Więc się potem z tego wszystkiego śmiałem, jak musiałem wyglądać, tak kłusujący za laską z latającym na grzbiecie plecakiem, pokrzykujący za nią. Rycerski Polak się znalazł. Śmiałem się też z kurnika Hansa, w którym przyszło mi nocować następnej nocy, choć mało mi w nim kręgosłup nie pękł, bo domek dla pielgrzymów właściciel zbudował chyba na podstawie własnego wzrostu.

Dziesiątki okoliczności i zdarzeń, po prostu traktowałem lekko, jakoś się z nich śmiejąc. Były i takie, kiedy już do śmiechu mi w ogóle nie było. A jednak, gdy tak na to wszystko patrzę, to właśnie poczucie humoru, zdolność żartowania z okoliczności, problemów, z samego siebie, może nawet z życia, z tego, co poważne, z tego, co ważne – wydaje mi się jakaś fundamentalnie ważna. Jakby to było coś dużo więcej, niż tylko śmiech. Jakby poczucie humoru, które tak czasem mi towarzyszyło, było wytwarzaniem dystansu. Stwarzaniem przestrzeni.

Takim czymś całkiem przeciwnym do tego, co na co dzień, przeciwnym do przybijania wzroku do spraw, do czynienia ich śmiertelnie ważnymi, ważącymi, poważnymi. Gdy wszystko staje się ważne i poważne, życie staje się ciężkie i gorzkie. Brnie się wtedy przez nie, jak przez pole zarośnięte wysokimi chwastami. I właściwie nie widać drogi pod stopami. Bo w naszych oczach rosną wszędzie te ważne rzeczy.

Trochę i taki charakter jest mojej religii, która jest śmiertelnie poważna. Rzucający żarty biskup, czy chichoczący kardynał są zupełnie nie do pomyślenia. Śmiertelnie poważna jest polityka, bo wiadomo, tam się decydują sprawy życia i śmierci, losów państw i narodów. Katastrofa w każdej chwili nam grozi. Trzeba się bronić, atakować, walczyć. Ważna jest każda nasza porażka, dlatego nie wolno jej popełnić. Każdy błąd, dlatego trzeba go uniknąć. Ważne są gesty, myśli, problemy.Najważniejsi jesteśmy w tym wszystkim my sami i nasze myślenie. A może jednak nie?

Może zdrowo jest z tego wszystkiego umieć się pośmiać. Poczucie humoru odbiera całemu temu gąszczowi spraw ich wagę. Ich śmiertelnie poważne znaczenie. I wtedy, gdy to wszystko znika, zaczynamy dostrzegać to, co naprawdę ważne. A co to takiego? To, co jest między nami. Między mną a drugim człowiekiem. Między mną a Bogiem. To te relacje są najważniejsze. Wszystko inne my czynimy ważnym i „Żebyś się nie ważył z tego dowcipkować!”. A może jednak?

Więc chwała wszystkim, co potrafią żartować, śmiać się, także ze swoich spraw i z samych siebie. Bo czynią życie lżejszym, bo pozwalają zobaczyć oczywistość, którą zasłania wkurzająca, śmiertelna powaga, że jesteśmy cudami na tej ziemi, stworzonymi dla siebie nawzajem, stworzonymi do życia, stworzonymi ostatecznie do miłości. A wszystko inne „śmiertelnie poważne” jest – jak to język mimowolnie przekazuje – śmiertelne, więc godne żartu, który odsuwa to trochę od nas, pozwalając zobaczyć właściwe proporcje i odzyskać równowagę 🙂

———————————————————————–

Książka z mojej pielgrzymki 🙂 https://camino.zbyszeks.pl/droga/

A tu śmieszne niemieckie śpiewanie. No starają się 🙂