Miesięczne archiwum: Styczeń 2017

Cytat z „Drogi”

20150916_203349

Idę do miejsca, którego nie znam, bo wszystkie miejsca, które znałem, mi nie wystarczały. Nie tłumaczyły. Czego? Wszystkiego. Bo musi istnieć. Jakieś proste wytłumaczenie. Proste jak struna światła. Proste jak oddech. Proste jak bezkres błękitnego nieba. Bo życie i rzeczywistość nie mogą być pokiełbaszoną łamigłówką, splątanym węzłem zdarzeń i chęci. Idę, bo chcę wiedzieć, poznać, znaleźć coś, czego nie wiem, czego nie znam, czego znaleźć niepodobna.

Cytat z książki „Droga

Camino a jedność Europy

20150811_190950

Zastanawiałem się, czy można by pójść do Santiago de Compostela w drugą stronę. Z Polski przez Azję, Amerykę, znów do Europy. I okazuje się, że – poza wariantem przez Rosję – nie można. Nie można, bo to są często duże i ODRĘBNE państwa. A nowoczesna odrębność nie jest odrębnością jeszcze z XVIII nawet XIX wieku, gdzie granice przekraczało się jak się chciało i pobyt nie był warunkowany żadnymi formalnościami.

Dzisiejsze państwo to taki trochę moloch administacyjno-kontrolny. To nie jest państwo średniowieczne, gdzie brak instytucji i wszystko opierało się na wartości słowa, na woli ludzi, na lojalności. To jest państwo nowoczesno-rzymskie, gdzie administracja jest wszystkim. Człowiek się rodzi, żyje i umiera w administracji, która ogłupiona rozmiarem zadań hodowania ludzi, już sama nie wie, co czyni.

Więc żeby przejść przez Iran albo takie Indie trzeba aplikować o wizę, ale te wizy ważne 30 dni. A to za mało. Nie wiedziałeś? Możesz prawdopodobnie aplikować ponownie. W placówce dyplomatycznej. Każdorazowo zdjęcie. Koniecznie paszportowe i nie starsze niż 6 miesięcy. Świat jest poszatkowany.

Więc ta idea, żeby Europa była jedna jest ideą piękną. Ci co siedzą u siebie, radzi by ogrodzić się. Stalową blachą, asfaltować papą, żeby nie było. My tu u siebie… A co nas obchodzi…? A jak se chcesz to spadaj… Więc ten ruch wsobny, dośrodkowy, implozyjny, ze strachu, w nadziei, że da się zamurować i odgrodzić, jest.

Nie da się. To taka sama przykra prawda jak ta, że umrzemy. Nie przyjmujemy takich prawd do wiadomości i to być może naturalna predyspozycja. Ale nieskuteczna. Więc odpychamy od siebie obraz naszej śmierci. Więc chcemy widzieć swoje życie bezkreśnie, żeby przynajmniej w naszym polu widzenia, tej naszej śmierci faktycznej, nie było. Bo jak jest, to sam jej widok jest duszący i zabijający.

Nie przyjmujemy też do wiadomości prawdy, że odgrodzić się państwa nie da. Że dla ponadnarodowych sił, oddziałujących na państwa i społeczeństwa, granice nie mają znaczenia. Nie da się odgrodzić, bo handel międzynarodowy to nie jest zabawka tylko warunek przeżycia.

Dlatego potrzebna nam jest Europa. Jedna Europa. Europa, która będzie mogła stać się partnerem, a nie słabszym, popychanym kuzynem dla takich potęg jak USA czy wchodzące w wiek swojej świetności Chiny. Małe państwo zawsze będzie satelitą, usiłującym rozgrywać datki od większych, pozyskiwane w zamian za cesje takie czy inne.

Jednej Europy nie da się jednak budować na zasadzie kołchozu. Gdzie nadany, nie wiadomo przez kogo, dyrektor ustala sposób życia ludzi, wszystkie możliwe normy pracy, wypoczynku i zachowania, i wpieprza się w obyczaje, instruując pracowników w zakresie ich życia intymnego. Tak nie może być. To karykatura, jakieś odbicie w krzywym zwierciadle tej idei, by Europa była jedna.

Europa może być jedna tylko w jeden sposób. Każdy inny będzie sztywną atrapą narzuconą na jej żywy organizm i po prostu rozpadnie się. Europa może być trwale jedna tylko wtedy, kiedy łączyć ją będą, podzielane przez jej narody, wartości.

Łączenie przez wartości różni się od łączenia wg metody sowieckiego wschodu. Wg tej drugiej, azjatyckiej, wszystko trzeba ujednolicać. Trzeba ujednolicać, bo tak buduje się jedność. Jest to doprowadzanie różnych dźwięków do tej samej wysokości, by wreszcie zabrzmiał jeden czysty, głośny ton.

Łączenie poprzez wartości sprawia, że różne od siebie dźwięki przestają tworzyć chaos i kakofonię, bo każdy odnajduje coś wspólnego z innymi. Odnajdują melodię, czyli wartość, w ramach której znajdują swoje miejsce. I tak powstaje… symfonia, muzyka.

Różnice między narodami Europy są nieusuwalne. Jakie wartości je łączą? Co jest tym, co Europejczycy odnajdują jako wartościowe, niezależnie czy to Niemcy, czy Polacy, czy to Włosi, czy Holendrzy?

„Europa zbudowana została na szlaku do Santiago de Compostela” – powiedział ponoć Goethe. I tak się ongiś stało. Nie powstała ta Europa jako jedno państwo z jedną administracją i jednymi przepisami. Powstało jako obszar różnych narodów, które odnalazły same siebie na drodze do Santiago, to jest na drodze do Jakuba Apostoła.

I dziś ponownie, Europejczycy obok siebie do tego Santiago zmierzają. Apostoł Jezusa sprawia, że wieczorem, zmęczeni całodziennym dźwiganiem dobytku na 30 dni drogi, siadają obok siebie. Żartują, rozmawiają, dzielą się swoimi marzeniami, obawami. Odkrywają, że w tej przestrzeni, tego co ważne, tego o czym się myśli i do czego się tęskni, my Europejczycy jesteśmy bardzo podobni.

Więc chyba trzeba odwagi. Odwagi by wypowiedzieć, tę prostą prawdę, że potrzebujemy powrotu do korzeni, po prostu do prawdy o nas samych. Potrzeba by tego wygnanego ze świata stworzonego przez media, narodzonego 2017 lat temu, Jezusa znów przypomnieć. By zobaczyć go jako szansę. Także jako szansę cywilizacyjną, bo to właśnie na jego przesłaniu, zbudowano całą cywilizację zachodnią, z jej szacunkiem dla indywidualnego człowieka, z jej przesłaniem niesienia pomocy słabszym, biedniejszym, poszkodowanym. Także z jej otwartością i szerokim marginesem osobistej wolności.

Marzy mi się, żeby Angela Merkel, szefowa – nomen omen – partii chrześcijańskiej demokracji, zaczęła się do chrześcijaństwa odwoływać wprost i oficjalnie. Pewnie najlepiej jakby przeszła się do Santiago, przynajmniej ze trzy dni, z plecakiem na plecach. Marzy mi się, żeby Francja dosłużyła się elit, które nie będą unikać odwołania do Boga, jak przysłowiowy diabeł, wody święconej.

Tak. Były błędy. Pewnie i jeszcze są. Błędy, ze strony hierarchii, błędy ze strony Kościoła. Było posługiwanie się religią do wzajemnych waśni i wojen. Życie to nie są linie proste. Ale bez kierunku, bez jego wskazania, będziemy się osuwać. Z jednej strony w narzucaną nam sowiecko-kołchozową urawniłowkę. Z drugiej strony w Brexity, w wołania o wyjście z UE, w fałszywe hasła o pełnej suwerenności jako alternatywie dla jednej Europy. Oczywiście, ta pełna suwerenność może być zagwarantowana przez obce wojska na własnym terenie.

Chrześcijaństwo zostało, przez niechętne mu elity rządzące Europą, niemal wygnane. Przechwyciły one instytucje, mechanizmy życia społecznego. Naprzeciwko nich stoi zachowawczy Kościół, który z jednej strony ubiega się o dotacje, wiadomo – europejskie, z drugiej toczy wewnętrzne spory i skupia się na sobie. Warto by chrześcijańskie wartości, takie jak samo odwołanie się do Boga, jak przekonanie, że to właśnie z wiary w Niego, wynikają wszelkie nasze prawa i nasza godność, warto by te wartości najpierw na nowo, głośno wypowiedzieć w polityce, a potem umieścić je na właściwym miejscu. To znaczy w świadomości wszystkich. Tych co rządzą, tych co są obywatelami, nas samych.

I wtedy Europa będzie jedna choć będzie różna. Będzie jedna dzięki temu, że jest różna. Bo różnice, wbrew kołochozowemu szaleństwu, są piękne i stanowią o urodzie życia. W takiej Europie chciałbym żyć, w takiej Europie chciałbym mieszkać. Tym dwóm ruchom – jednemu podszytemu totalitarnymi zapędami ujednolicania ludzi, drugiemu widzącemu przyszłość w odgradzaniu się i rozdrabnianiu Europy – nie wierzę.

Europa rozdrobiona jest dobra tylko dla jej wrogów i rywali. Na krótką metę także dla najsilniejszych państw europejskich. Europa jedna, ale poprzez wartości łączące różnice, jest dobra dla Europejczyków. Którzy wcale nie mniej są wtedy Włochami, Irlandczykami czy Polakami. Są nimi wtedy o wiele bardziej. Bo to coś sympatycznego, spotkać kogoś, kto się od nas różni, a z którym łączy nas, to co najpiękniejsze.

—————————————————————————–

A teraz, żeby było ładnie i różnorodnie dwie piosenki z europejskiego targowiska próżności 🙂 Pierwsza śpiewana jest przez Chorwatkę po angielsku:

I jeszcze jedna, śpiewana przez Austriaczkę po francusku 🙂

—————————————————————————–

Mój blog pielgrzymkowy: [—Link—]

Moja książka (jeszcze wciąż, możliwa za darmo): [—Link—]

Jesteśmy tylko wsadem

Niniejszy tekst nie jest pielgrzymkowy 🙂 Ale ponieważ jakoś tam pozostaje w dalekim związku, zostawiam go. To próba uchwycenia mechanizmu, który niewidoczny, na co dzień, przejawia się w procesach jakie obserwujemy.

Na świecie da się zaobserwować z grubsza dwie tendencje. Tendencję personalistyczną, ja ją nazywam ludzką. I tendencję rynkową. Tendencja „rynkowa” w sferze traktowania ludzi, traktuje ich jak „wsad”. Na przykład kurczaki są takim wsadem. Kupuje się je młode, wsadza się im sterydy, kalorie, antybiotyki. Jak się przewracają od wzrostu masy ciała to się je sprzedaje. Czyli kurczak jest wsadem do procesu uzyskiwania pieniędzy.

Tak i z ludźmi. Procesy „rynkowe” traktują ludzi jak wsad. Wkładają w nich, za pomocą perswazji mediów i kontroli kanałów dystrybucji jedzenie, rozrywkę, wiadomości, reklamy, reklamy, kształtujące ich percepcję i wartości, przekazy i uzyskuje się przychód. Przychód głównie z ich zachowań, decyzji, postaw (np. konsumenckich czy politycznych).

Podobnie w sferze pracy. Płaci się im tak mało jak to możliwe, bo są zasobem, „wsadem”, z którego należy wycisnąć więcej. Czy nie mogą pójść do innej pracy? Mogą. Ale spoko. Po pierwsze ciężko znaleźć. Po drugie wszyscy prowadzą tą samą politykę, bo i ich ktoś z góry, traktuje jako wsad. Wsadem są, tu jednak tylko po części (uwaga na kanwie przekształcenia Salonu24), blogerzy. Piszą teksty, generują ruch, wynika z tego dochód. Trzeba ich zagospodarować w procesie tworzenia „wartości”. Nic to złego. Sam jestem „wsadem”.

Kupiłem dziś w Biedronce (to może wstyd) mandarynki. Bo były po 2,99. Dużymi literami reklama. Potem, już po fakcie, patrzę… a na rachunku są po 4,99. Ki czort? Wracam czytam. No tak. Na dole. Małymi literami uwaga, że to cena przy zakupie min. 1kg. Manager z Biedronki wygrał. Zmyślnie umieszczając informacje, uzyskał większy uzysk z „wsadu” jakim są klienci. Zuch.

Przed nowym rokiem zafundowałem sobie struclę serową firmy Oskroba. Znam to ciasto i lubię, ale nie kupuję często bo zaraz tyję. Lubię je bo jest z serem. Producent dumnie informuje nawet, że chyba 15%. Ta, którą kupiłem, nawet koło sera nie stała. Nie poddałem się, kupiłem w innym sklepie. To samo. Po nowym roku zaryzykowałem z nową serią, termin ważności do 20 I, ser się ponownie pojawił! Manager osiągnął zysk. Ludzie wpie… strucle. Uzysk z ludzi wzrósł.

Nie należy potępiać managerów. Nie należy się krzywić na gospodarujących nami fachowców. Oni nie mają wyjścia. Jak chcą żyć i pracować, to muszą generować zyski.

W świecie „rynku” człowiek tak naprawdę się nie liczy. Jest zasobem w procesach ekonomicznych. Oczywiście, człowiek może na te procesy oddziaływać. Poprzez zmianę dostawcy strucli serowej, poprzez zmianę sklepu, poprzez zmianę stacji telewizyjnej, czy portalu internetowego. Managerowie i właściciele to wiedzą i dbają, by do takich sytuacji nie doszło. Jak? Poprzez ograniczanie pola decyzji ludzi. Poprzez scalanie, ujednolicanie i monopolizowanie kanałów dystrybucji dostarczanych dóbr i usług. Zatem czego? Wszystkiego!

Pół biedy, gdyby mechanizmy rynkowe, traktujące ludzi jako przedmioty, pozostały jedynie w sferze działalności gospodarczej. Nie. Tak się nie dzieje. Ludzie poddani nieprawości. Nieustającym próbom wystrychnięcia na przysłowiowego dudka. Traktowani jak przedmioty przez nagabywaczy, urzędników i wymiar. Po prostu mają dość. I sami zaczynają. Szukać możliwości. Sami traktują innych, jak przedmioty. Sami się zmieniają.

Pytanie jest takie, jak się zachowujemy w stosunku do innych. Czy traktujemy ich jak ludzi czy jak „wsad”? Czy okazujemy im zainteresowanie albo sympatię, wtedy jak mogą coś dla nas zrobić i coś nam dać? Czy też wtedy przestają być dla nas zauważalni? Czy okazujemy im szacunek i zrozumienie gdy powtarzają poglądy, do których jesteśmy przekonani, czy wtedy reagujemy chłodną bądź cieplejszą formą agresji i odrzucenia?

Pytanie jest, jak często patrzymy na człowieka, ze względu na jego jakąś dziwną, nieopisaną, nieokreśloną wartość, a jak często patrzymy na niego przez pryzmat tego, do czego nam się może przydać? Pytanie czy „rynek” już do nas dotarł. Odpowiedź jest prosta. Oczywiście, że tak. Ale… dopiero były święta. Przyszedł na świat człowiek, który oświadczył, że jest Synem Boga. Ba… Bogiem samym.

Tak naprawdę poza Nim, narodzonym 2017 lat temu, nie mamy nic na swoją obronę. Tym wyżej w hierarchii używania wsadu, zdaje się, że jest pięknie. Że dali radę. Że to wszystko prawda. Że to obiektywne prawa rynku, które wszystkim przynoszą korzyść. Nic dziwnego. Te poglądy i przekonania rozpowszechniane są przez media, które należą do tych, co najwyżej, co najwięcej.

Wszystko to razem tworzy jakiś ponury mechanizm. Jakiegoś molocha etykietującego kodem paskowym z trzema cyframi produkty na rynku, traktującego ludzi jak przedmioty i wtłaczającego im w głowy taki sposób traktowania innych, jako naturalny.

Tylko żłóbek nam zostaje. Tylko ta rewolucja, której dokonał Jezus, kiedy każdego najmniejszego człowieka podniósł do nieskończonej rangi: „Bo coście uczynili jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili”. W nim cała nadzieja. Nie pompatyczna. Nie dostojna. Nie uczona. Tylko najbardziej bezpośrednia. Taka, która prowadzi poza, poza samego siebie. W świat, gdzie Bóg, da nam serce nowe. To znaczy stworzy nas od nowa. Tak jak będzie chciał.

Życie to droga

Przed Pirenejami

W 1912 roku Antonio Machado opublikował zbiór wierszy „Campos de Castilla”.  Miał wtedy 37 lat, więc był w tym wieku, gdzie jeszcze niesie człowieka rozpęd młodości, a jednocześnie pojawiają się dojrzałe refleksje na temat życia, ludzi, otoczenia.

W tym zbiorze wierszy opublikowanym 105 lat temu jest i taki, który opowiada o camino. Doczekał się on po latach wersji śpiewanej. Nie jest prosty w odbiorze. Ale chyba wart zapoznania się:

Todo pasa y todo queda,
pero lo nuestro es pasar,
pasar haciendo caminos,
caminos sobre el mar.

Nunca persequí la gloria,
ni dejar en la memoria
de los hombres mi canción;
yo amo los mundos sutiles,
ingrávidos y gentiles,
como pompas de jabón.

Me gusta verlos pintarse
de sol y grana, volar
bajo el cielo azul, temblar
súbitamente y quebrarse…

Nunca perseguí la gloria.

Caminante, son tus huellas
el camino y nada más;
caminante, no hay camino,
se hace camino al andar.

Al andar se hace camino
y al volver la vista atrás
se ve la senda que nunca
se ha de volver a pisar.

Caminante no hay camino
sino estelas en la mar…

Hace algún tiempo en ese lugar
donde hoy los bosques se visten de espinos
se oyó la voz de un poeta gritar
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Murió el poeta lejos del hogar.
Le cubre el polvo de un país vecino.
Al alejarse le vieron llorar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso…

Cuando el jilguero no puede cantar.
Cuando el poeta es un peregrino,
cuando de nada nos sirve rezar.
“Caminante no hay camino,
se hace camino al andar…”

Golpe a golpe, verso a verso.

[źródło]

W moim tłumaczeniu wiersz ten brzmi tak:

Wszystko przemija i wszystko zostaje
Przechodzimy przez życie
Wydeptując w nim ścieżki
Ścieżki w wielkim morzu

Nie szukałem nigdy sławy
Nie chciałem też słów moich zapisać
I w ludzkiej pamięci, zostawić na zawsze
Kocham po prostu słowa
Lekkie, delikatne
Jak bańki mydlane

Lubię patrzeć, gdy błyszczą w słońcu,
Kąpią się w czerwieni
Unoszą się w błękicie nieba
Wibrują, drżą i niespodziewanie pękają…

Nie szukałem nigdy sławy

Wędrowcze, droga
to twoje ślady i nic więcej
Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków

Idąc, zostawiasz w życiu ścieżkę
I gdy obejrzysz się za siebie
Zobaczysz szlak
Którego nikt nie przemierzy ponownie

Wędrowcze, nie ma drogi
Tylko ślady na morzu…

Dawno temu, gdzie las
Dziś w ciernie stoi przystrojony
Brzmiał donośnie  głos poety
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

I umarł poeta, od domu daleko
I obca go ziemia przykryła
I gdy wyruszał, słyszano że płakał
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem…

Kiedy szczygieł nie może już śpiewać
Kiedy poeta jest pielgrzymem
Kiedy modlitwa zdaje się na nic
„Wędrowcze, nie ma drogi
Tworzysz ją ze swych kroków…”

Cios za ciosem, wers za wersem.

Myślę, że wiersz jest warty przeczytania i zasłuchania się. Więc może posłuchajmy:

 

Myślę też, że ten wiersz oddaje tę zapomnianą prawdę, że nasze życie jest drogą, którą przechodzimy. Drogą jedyną. Nigdy już takiej nie będzie. Także pielgrzymkowe drogi, to nie tyle wyznaczone szlaki, znaki, ścieżki, co raczej właśnie te wydeptane trudem, nadzieją, wysiłkiem, skropione potem, jedyne rzeczywiste.

Przechodząc przez świat, przez życie zostawiamy ślady. Tworzymy te cudowne, czasem ciemne, czasem słoneczne, drogi. I z tych śladów, dróg składa się cała rzeczywistość.

Warto tu przywołać Nelsona Mandelę i jego słowa:

„To co się w życiu liczy, to nie prosty fakt, że się żyło. Tylko to, jaką różnicę, zostawiło się w życiu innych”.

Antonio Machiado chyba nie był specjalnie religijny, a jednak i u niego, poeta staje się pielgrzymem. Bo nie ma innego wyjścia. Bo droga pozbawiona celu, rozpada się. Bo wszyscy tak naprawdę dążymy. Do Santiago, do ludzi, do miłości, do Boga. Tworząc nasze jedyne, unikalne drogi. Obyśmy doszli 🙂

Katolicyzm i Camino

Katolicyzm i Camino

Pozornie nie ma sobie dwóch bliższych sobie rzeczy niż katolicyzm i camino. Wszak pielgrzymi idą do grobu św. Jakuba Apostoła. Wszak taka droga wymaga nieporównanie większego wysiłku i poświęcenia niż „zwykłe” formy religijności. Wszak ten grób znajduje się w katolickiej katedrze w Santiago de Compostela i polski, katolicki papież – Jan Paweł Wielki – wezwał do wznowienia ruchu pielgrzymkowego i zainicjował ten współczesny fenomen zachodniego świata, jakim są setki tysięcy ludzi, indywidualnie pokonujących setki kilometrów w drodze do św. Jakuba.

A jednak te dwie rzeczywistości, te dwa „światy”, katolicyzm i camino, wcale tak bardzo nie są ze sobą razem, wcale tak bardzo się ze sobą nie identyfikują. Co o tym świadczy, skąd się to bierze, dlaczego tak się dzieje?

Najpierw warstwa faktów. Europa jest po reformacji i po ateizującej Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jest też po doświadczeniu dwóch przerażających wojen, które przeorały wrażliwość i pojęcie o świecie Europejczyków. Stąd istnieją w Europie szerokie jej połacie, gdzie katolicyzmu po prostu nie ma. Gdzie jedyny budynek kościoła jest zamknięty albo gdzie jest to kościół protestancki. Są tereny i grupy ludności, dla których katolicyzm to wyłącznie papież, którego można czasem zobaczyć w telewizji, poczytać o nim w internecie albo wyjątkowo spotkać, zwłaszcza dawniej, gdy papież – największy pielgrzym wśród współczesnych papieży – przemierzał świat w poszukiwaniu ludzi.

Więc katolicyzm nie jest już najzwyczajniej religią Europy, tak jak to miało miejsce w czasach, gdy pielgrzymowanie do Santiago się zaczynało, w czasach wczesnego średniowiecza. Dziś po ścieżkach camino chodzą i katolicy i ateiści, i protestanci, i buddyści, i ci co nie wiedzą jeszcze kim chcą być, czy gdzie należy ich zakwalifikować. Dziś camino biegnie terenami, gdzie można przez wiele dni nie spotkać katolickiego kościoła czy księdza, bo kościoły zamknięte, bo tereny reformacją przeniesione w protestantyzm.

Czysta zatem, fizyczna, rzeczywstość sprawia, że katolicyzmu dziś z camino utożsamiać tak naprawdę się nie da. Są wzajemne związki. Są one, pewnie najsilniej, w pielgrzymach katolikach, szczególnie tych z Polski.

Następna różnica, innymi słowy niespójność, leży w przestrzeni przeżywania wiary, życia, w sposobie myślenia i zachowania.

W swoim mainstreamie, katolicyzm zachęca do wiary, która polega na jak najwierniejszym i jak najintensywniejszym powtarzaniu gestów, praktyk, myśli, które podaje do powtarzania i myślenia. Nawet emocje są zadekretowane. Katolik na komendę się smuci, cieszy. Na komendę myśli, przeżywa. Najwyższą jego cnotą jest powielanie dostarczonych mu prawd wiary i postępowanie wg zasad, jakie głosi święta tradycja Kościoła. Odradzanym, podejrzanym i groźnym odstępstwem jest własne myślenie o tych sprawach, wtedy gdy różni się od jedynie słusznego.

Camino jest tu odwrotnością tego podejścia. Szczególnie camino w wersji samodzielnej i indywidualnej. Camino jest osobistą podróżą. Gdzie? W sumie do Boga, bo nie da się nigdzie indziej pielgrzymować. Bo nawet ci, co deklarują w niego niewiarę, pielgrzymują by poznać bardziej siebie, by poznać bardziej ludzi, by odnaleźć prawdę. A przecież w tych trzech obszarach to Bóg jest tym, kogo się poznaje, bo on sam stoi u podstaw istnienia, człowieka i prawdy.

Istotą camino jest osobiste doświadczenie, tak jak istotą katolicyzmu jest grupowe powtarzanie zachowań i myślenia. Na camino człowiek staje wobec Boga sam, w katolicyzmie w grupie staje wobec księdza, który „ma klucze do królestwa niebieskiego”.

Katolikom w katolicyzmie brak jest uczucia i doświadczenia. Tego osobistego poznawania i bezpośredniej,  autentycznej drogi do Boga. Pielgrzymom na Camino, brak jest grupowego spotkania w drodze do Boga, współdzielenia modlitwy, bycia częścią jednego organizmu społecznego.

Rozbieżności współczesnego camino i katolicyzmu, te wynikające z uwarunkowań praktycznych i te wynikające z podejścia do religijności, uzewnętrzniają się w postawach ludzi.

I tak większość pielgrzymów (w mojej ocenie 80-90%) nie próbuje nawet po drodze uczestniczyć w obrzędach religijnych, nawet gdy jest po temu możliwość. Najzwyczajniej w świecie nie widzą sensu ani potrzeby. Wyszli na camino by poznawać, wypoczywać w pocie czoła, odkrywać, nawet wyszli by szukać Boga, ale do kościoła, najzwyczajniej w świecie, się nie wybierają.

Kościół ze swojej strony, sprawując pieczę nad grobem Apostoła, wykazuje generalnie brak zainteresowania pielgrzymami. Generalnie, bo są wyjątki. Jest Santiago de Compostela, jest Vezelay, Le Pui. Są księża, którzy pielgrzymom serce i ostatnią szatę oddadzą i to jest kwiat kościoła, jego najcenniejsza część.

Jednak na blisko 30 miejscowości w jakich można zanocować na Camino del Norte, religijne i katolickie elementy spotkałem tylko dwa razy. Chodzi o krzyż, pismo święte czy o zachętę do odwiedzenia kościoła i wzięcia udziału w nabożeństwie. Było to raz w Monte do Gozo, polskim schronisku pod nadzorem polskiego księdza. Dwa, w schronisku prowadzonym przez świeckie stowarzyszenie z Anglii w Miraz. Dużo częściej w schroniskach można spotkać pięknie wydany „Zohar”, a więc podstawowy tekst żydowskiej mistyki i średniowiecznej kabały. Czy coś nam świta? Coś na temat tego jak Kościół zajmuje się pielgrzymami?

Na terenach protestanckich w Niemczech, lokalne kościoły dbają o pielgrzymujących do Apostoła. Utrzymują na własny koszt schroniska, troszcząc się o pielgrzymów i zapewniając im możliwość przenocowania, gdy pogoda zła i po całym dniu człowiek słania się na nogach. Na terenach katolickich niczego takiego już nie ma. Tam katolicyzm jest zajęty sobą, wierzeniem w prawdy, powtarzaniem obrzędów, a nie jakimś tam pielgrzymami.

W Polsce poziom przyjęć na parafii oceniam na jakieś 50%. Z jednej strony to zrozumiałe, bo parafia nie trudni się udzielaniem noclegów, choćby na podłodze w jakimś schowku czy salce. Z drugiej strony przecież „byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie”. Więc…?

Praktyka samodzielnego pielgrzymowania pozostaje dla kościoła katolickiego wyzwaniem. Zagadką, szansą i zagrożeniem. Wyzwaniem i zagadką, bo jest zjawiskiem, którego kościół nie kontroluje, nad nim nie panuje i nie bardzo rozumie. Zagrożeniem, bo narusza podstawowe mechanizmy kościoła, a więc grupowe wierne kopiowanie postaw i sposobów myślenia. Wreszcie szansą, bo to co jest największym deficytem obecnego kościoła, to spotkanie spontanicznej, autentycznej i pochodzącej z przeżycia, relacji z Bogiem.

Więc camino i katolicyzm się spotykają, mają ze sobą wiele wspólnego, ale wciąż nie łączą się ze sobą tak, jak w 1040 roku, gdy być Katolikiem to znaczyło pielgrzymować. Oprócz Rzymu i Jerozolimy, w szczególności do Santiago, gdzie pochowany jest pielgrzym, przybyły ongiś z Jerozolimy. Nie pielgrzymował tam, by odwiedzać kościół. Pielgrzymował, by go zakładać. Te wysiłki jego wtedy, jak nasze często teraz, generalnie przyniosły skromny rezultat. Jednak po wiekach, od iskry zapalonej przez papieża z Polski, dały ponownie dziwny i niespotykany owoc. Setki tysięcy obywateli zlaicyzowanego świata, zmierzające do grobu Jakuba. W poszukiwaniu siebie. W poszukiwaniu ludzi. W poszukiwaniu Boga, którego przyjście, śmierć i zmartwychwstanie, ogłaszał.

———————————————————————–

Link do totalnie niezwykłej jak na warunki polskie, bo szczerej, relacji z 4 miesięcznej pieszej pielgrzymki z Polski do Santiago: http://camino.zbyszeks.pl/droga-pobieranie/