Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

Pieśń wszystkich pielgrzymów – Ultreïa!

Wprowadzenie w 1138 roku w życie postanowień testamentu Bolesława Krzywoustego, dało początek rozbiciu dzielnicowemu Polski i wzajemnym walkom na blisko dwieście lat w kraju nad Wisłą.

Było to czterdzieści lat po zdobyciu Jerozolimy przez I Wyprawę Krzyżową. W tym właśnie czasie, pieczołowicie przepisywany, ukazał się papieski dokument: Codex Calixtinus, poświęcony kultowi św. Jakuba oraz pielgrzymowaniu do Santiago de Compostela. W nim to właśnie zawarte są pierwsze odniesienia do pieśni pielgrzymów.

Ultreïa to słowo pochodzenia łacińskiego, ale nie należące do czystej łaciny. Oznacza „naprzód”, „dalej” i temu podobne. Ponoć pielgrzymi tym słowem właśnie pozdrawiali się w tych wczesnych wiekach Europy.

Warto tę tak niesamowicie dawną piosenkę znać. Mimo albo zwłaszcza dlatego, że jest ona po francusku. Warto, bo tak trochę kontynuujemy drogę dawnych pielgrzymów, dla których pielgrzymka była jeszcze większym wysiłkiem niż dla nas.

Warto ją zaśpiewać, zwłaszcza gdy droga daleka, człowiek wyczerpany, a przyszłość wcale nie jest pewna. Warto ją zaśpiewać, idąc ścieżką wśród pól, wzdłuż ściany lasu, drogą wiodącą w góry.

To piękna piosenka, więc teraz już tekst, moje niezdarne tłumaczenie i przykładowe wykonania:

Ultreïa (French)
Tous les matins nous prenons le Chemin,
tous les matins nous allons plus loin,
jour après jour la route nous appelle,
c’est la voix de Compostelle!

Chorus:
Ultreïa! Ultreïa! Et sus eia!
Deus adjuva nos!

Chemin de terre et Chemin de foi,
voie millénaire de l’Europe,
la voie lactée de Charlemagne,
c’est le Chemin de tous les jacquets!

Et tout là-bas au bout du continent,
Messire Jacques nous attend,
Depuis toujours son sourire fixe
Le soleil qui meurt au Finisterre.

 

Polskie tłumaczenie (moje 🙂

Codziennie rano wyruszamy w drogę
Każdego ranka idziemy wciąż dalej
Dzień po dniu wzywa nas droga
To głos z (Santiago de) Composteli

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

Droga wśród pól. droga naszej wiary
Droga tysiąca lat Europy
Droga Mleczna Karola Wielkiego
Droga wszystkich pielgrzymów jakubowych.

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

I tam, na końcu kontynentu
Czeka na nas święty Jakub
Z uśmiechem na ustach przez wieki
I słońce, które gaśnie w Finisterze

Refren:
Do przodu! Naprzód i w górę!
Bóg jest z nami!

A teraz już…  średniowieczna piosenka pielgrzymów!

 

Przydatne linki:

La Chanson du Pèlerin Ultreïa !

Ultreïa!

What does the word ‘Ultreia’ mean?


Książka o mojej pielgrzymce z Polski do Santiago: LINK

Raport nr 4 z rozpowszechniania się „Drogi”

Niełatwe są między nami relacje. Najpierw to była krew, pot i łzy przy tworzeniu ponad tysiącstronicowej relacji. Potem zachwyt i ekstaza, że się udało. I ogromne nadzieje na przyszłość. Że wydadzą. Że poznają się. Że przecież… wiadomo, co w środku. Dalej przyjemny okres, burzliwego dość, rozpowszechniania się i wreszcie przyszła jesień, a potem zima.

Nikt cię nie chce, moja „Drogo”, z tych wielkich, usytuowanych, wyposażonych. Siedzą wysoko w swoich fotelach, na swoich pozycjach, zajęci przesypywaniem tego, czego ich nauczono. Czyż mogę mieć do nich pretensje? Pewnie, że mogę. Tyle, że to byłoby głupie. Po prostu głupie.

A jednak. A jednak ciągle nie możesz się skończyć. Ciągle ktoś cię czyta, podzieli się opinią o wrażeniach z lektury. I ciągle – ile razy można powtarzać „ciągle”? – są to wrażenia bardzo pozytywne.

Więc, choć już miałem o tobie zapomnieć, odłożyć cię na półkę z napisem „zapomnienie” albo tą z tytułem „odrzucenie”, ciągle do mnie wracasz. Czymże jesteś? – chciałbym zapytać. Bo droga to przecież coś niepomiernie więcej, niż droga po prostu. To coś „tak dużo”, że nie sposób opisać, ani wypowiedzieć. Może to nić życia, którą dane mi było, jakoś poprzez czas, emocje, zdarzenia i czynności wpleść w to życie przez duże „Ż”. Jak każdemu z nas zresztą.

Byłem w drukarni. Najpierw rozpoznanie zdalne, teraz wizyta techniczna. Tak można wydrukować. Tysiąc stron na jedną książkę?
– Nie ma mowy – kręci głową drukarz/wydawca – rozleci się.
– Nawet jak szyta?
– Nawet jak szyta.
– To co?
– To muszą być dwa tomy po pięćset.

Więc generalnie to jest do zrobienia. Serio. To możliwe. Cena za książkę w grubej oprawie i szytą a nie klejoną, taką na 500 stron, to 45-60 zł. przy małym nakładzie.  Może coś się da taniej, bo to pierwsza oferta.  Wiadomo. Książka z dwóch tomów, to by było 90-120 zł. Są ceregiele z watem i egzemplarzami obowiązkowymi. Ale może na święta? Choć to już późno.

Więc mógłbym poprosić potencjalnych czytelników o deklaracje czy chcą i potem przyjąć wpłaty. Byłoby zapotrzebowanie i finansowanie. Drukarnia spokojnie wydrukuje za te pieniądze. Byłaby realizacja. Ale tu pojawia się problem. Bo trzeba by ludziom, tę książkę sprzedać. A to transakcja i działalność gospodarcza. Partyzantka tu odpada. Więc koszt w postaci choćby ZUS. To nie dla mnie.

Więc mam kłopot ze stroną transakcyjną. Konstruktywne podpowiedzi mile widziane.

Chodzi mi też ciągle po głowie audio. Ale to na później. Bo trzeba by jakiś porządny mikrofon. A który porządny? A ile to? I tak dalej. I temu podobne.

Więc nie odkładam „Drogi” na półkę. Zawsze proszę i apeluję o jej polecenie, rzecz jasna tylko wtedy jak sama do siebie czytającego przekona. Jest to jedna z tych rzeczy, które zrobiłem w życiu, że gdy sobie o niej pomyślę, to się uśmiecham. To chyba jednak dobrze…

Na koniec liczby.
Ilość pobrań darmowych: 1 274
Ilość osób pobierających:     700  (szacunkowa)
Ilość recenzji po przeczytaniu całości: 5
Ilość dotacji: 4
Ilość zakupów ebooka: 8   (cena jest trochę zaporowa: 45 zł)
(większość i tak zjadają podatki i koszty dystrybucji)
Ilość informacji o tym, że książka jest czytana jest spora ale już już jej nie liczę.

Tak szczerze mówiąc to podziwiam ludzi, którzy tak długą książkę czytają w postaci elektronicznej. Wierzę, że „Droga” ukaże się drukiem.

Strona do deklarowania chęci nabycia „Drogi” drukiem już jest i działa. Można za jej pomocą taką chęć wyrazić. Jak chętnych nie będzie, to kłopot z głowy 🙂 Jak będą, to będzie doping, by jakość ten podmiot przeprowadzający transakcję znaleźć i całość doprowadzić do skutku. Zysk w każdym przypadku 🙂

Camino czyli moja Polska w Europie – cz.2 Francja, Hiszpania

Schengen

Schengen

Gdy wchodziłem do Francji było 39 stopni w cieniu. Na dodatek miałem tego dnia przypadłość powodującą ostre odwodnienie. Szedłem przez Schengen. Symbol otwartych granic w Europie. Małe miasteczko, niczym się nie wyróżniające. Poza tą nazwą, która zniosła szlabany.

Doszedłem tego dnia do Koenigsmacker. Pierwszy zamierzony nocleg we Francji. Na parafii w Koenigsmacker proboszczem był polski ksiądz. Niestety. Na moje uporczywe moje dzwonienie odpowiadała niema cisza, sącząca się z budynku parafii. Więc sobie poszedłem. Szedłem wzdłuż szosy, nocą, coraz bardziej wyczerpany. W końcu położyłem się na jakimś ściernisku kilka metrów obok drogi. Strasznie chciało mi się pić.

Drugiego dnia, idąc, desperacko szukałem sklepu czy miejsca gdzie mógłbym nabrać wody. Na próżno. Dostrzegłwszy na jednej z posesji staruszkę o siwych włosach, zacząłem swoje nieudolne:
– Pardon. Pardon!
Kobieta podeszła do furtki i dłuższą chwilę patrzyła bez zrozumienia, na moje wysiłki, by po francusku powiedzieć, że chce mi się pić. Odeszła. Gdy wracała miała w ręce butelkę wody mineralnej. Na koniec powiedziałem już w swoim języku:
– Dziękuję.
– O! Dziękuję!? – podniosła oczy staruszka. – Ja rozumiem!

Coś mi się wtedy stało. Jakieś uczucie, jakaś emocja, której nie sposób słowami opisać przeszyła mnie na chwilę. To było pierwsze spotkanie z Polską we Francji.

Tego dnia, drugiego we Francji, nocowałem u księdza Wiesława w Metz. Było pięknie, nawet żurek. To tam po raz pierwszy wpadłem na to czym się różni Francja, Polska i Niemcy.

Potem „polskie” ulice i place w niewielkich francuskich miejscowościach, jak na przykład Place de la Pologne w Roquefort.

Roquefort

Roquefort

Ale najbardziej chyba uderzyło mnie spotkanie z Maurice i Odette. Mieli wiele więcej lat niż ja. Mówili po francusku i niemiecku. I nagle Maurice zaczął po polsku. Zaledwie kilka słów. Ale… skąd on je znał???

We Francji jest Polski chyba więcej niż w Niemczech. Jest ta Polska trochę we francuskim zachowaniu, w pewnej lekkości i spontaniczności. Jest w nazwach ulic. Jest w polskich duchownych. Jest, choć tam nie byłem, w grobach wielkich Polaków. Jest we Francuzach. Jest ta Polska we Francji, też z tego powodu, że ja tam jestem. I zawsze będę. Bo Francuzi ujęli moje serce. I są moimi przyjaciółmi. Nie. Nie w głupi emocjonalny, pozbawiony rozsądku sposób. Ale w sposób ludzki. Głębszy niż racjonalne rozumowanie, a jednocześnie prostszy.

Pewnie też długie lata polskiej emigracji, jakoś na to wszystko wpłynęły, tak że Polsce do Francji nie jest daleko. Że Polska we Francji jest. I samotny Polak wędrujący przez ten największy w Europie kraj (na zachód od Bugu) znajduje tu echa swojego domu i nie czuje się tu wcale obco.

Ulica Fryderyka Chopina

Ulica Fryderyka Chopina

W Hiszpanii to jednak Monte do Gozo i „polska” albergue dla pielgrzymów. To jest instytucja. To jest znak. To jest symbol polskości. Tu są polscy gospodarze, tu jest polski ksiądz, tu można pójść na polską mszę (czasem i w Santiago).

Monte do Gozo

Monte do Gozo

Ale w Hiszpanii, Polska to właściwie Polacy, a najczęściej polscy pielgrzymi. Choć napotkałem np.  polskie małżeństwo na poczcie w Portugalette. Pomogli mi wysłać paczkę do domu. Serdeczność i pomoc, ot… Polska.

Polskich pielgrzymów na ścieżkach Camino, spotyka się całkiem nieoczekiwanie. W kolorowej mozaice narodów i kontynentów, zawsze się wyróżniają. Czym? Religijnością. Dojrzałością. Otwartością.

Widziałem ich idących pieszo, spotykałem jadących na rowerach. Nie zapomnę pięknego spotkania z dzielnymi rowerzystami Włocławka.

Zdjęcie ze strony http://kujawynarowerze.pl/?p=283

Zdjęcie ze strony http://kujawynarowerze.pl/?p=283

Jechali aż z Polski. Ja szedłem w towarzystwie krajanki – Agaty. I nieoczekiwanie… trzech rowerzystów z Polski! I ta polskość wtedy wybucha. Pojawia się. Jaśnieje. W uśmiechach. W serdeczności. W brzmieniu języka. Jesteśmy poza domem, poza krajem, poza kręgiem bezpieczeństwa. Odnajdujemy się na obczyźnie. Ale gdy odnajdujemy się nawzajem, to ta Polska, która nas wychowała, która nas ukształtowała, pojawia się z całą siłą. I jakoś tak dumni jesteśmy. Żeśmy Polakami.

Specjalna uwaga należy się polskiej młodzieży. Wiem, ja się do niej nie zaliczam, podobnie jak część z napotkanych polskich pielgrzymów. Nie wiem czy to sprawiedliwie czy nie, czy to wypada czy nie wypada, ale muszę oddać szacunek młodym Polakom.

Nie spotkałem podobnych młodych ludzi. Równie pięknych, duchem i ciałem.  Równie dojrzałych. Równie odpowiedzialnych. Równie mądrych. Równie spontanicznych. Równie prawdziwych.

To jest prawdziwy kwiat narodu polskiego i jego wielka nadzieja na przyszłość. Nie mają naszych (ludzi dojrzałych) wad. Mają za to wszystkie zalety. Aż serce we mnie rośnie, na wspomnienie Staszka, Agaty czy Justyny. Czy wielu innych jakich spotkałem na drodze do Santiago. Wyróżniają się na tle młodzieży innych narodowości. Nie będzie im łatwo. Bo u nas nie jest łatwo. Jednych to łamie. Innych hartuje. Taki nasz już los, Polaków. Że się zmagamy.

I na koniec wypada oddać co należne największemu apostołowi polskości w świecie, a więc i we Francji i w Hiszpanii. Jan Paweł Wielki, bo o nim mowa, to znak. Znak narodu polskiego wobec wszystkich innych. I wierzcie mi, znak który został właściwie odebrany.

Grafika ze strony: http://www.swjakub.pl

Grafika ze strony: http://www.swjakub.pl

Taką estymą jaką cieszy się nasz papież, nie cieszy się chyba żadna postać w krajach przez jakie szedłem. Na wspomnienie i przypomnienie papieża Polaka, szacunek okazują Francuzi i Hiszpanie i nawet Niemcy. Jego pomniki, rozsiane po tych krajach, dekorują pamięć społeczeństw i narodów. Jego popiersie w katedrze w Santiago de Compostela przypomina, że to on zainicjował ten cudowny fenomen, ponownego pielgrzymowania do grobu świętego Jakuba. To papież Polak, przywrócił ludziom szalki pielgrzymkowe przez Europę. To jego, bożym natchnieniem kierowane, gesty i czyny, sprawiły, że ludzie z całego świata idą.

Idą, żeby poznać siebie samych. Żeby poznać siebie nawzajem. Żeby odkrywać Europę. Swoją własną tożsamość. I w końcu, choć nie zawsze są tego świadomi, żeby odkrywać Boga. Bo każda prawdziwa pielgrzymka do Niego samego prowadzi. Do tego szczęścia i spełnienia. Do tej mety i do tej Nieskończoności, która wzywa, która u ludzi budzi „zew”, przynaglający ich do wyjścia z domu, do szukania, tego co jest bardzo blisko. Ale żeby to odnaleźć, warto wyjść. Warto ruszyć. I okazuje się, szczególnie w przypadku Polaków, że niczego się nie gubi, a Polskę spotyka się ciągle w Europie. Bo to jeden dom. Szarpany czasem waśniami, ale dom, który swoim pielgrzymowaniem, pielgrzymi scalają na nowo.

 


Wszystkiego więcej i dokładniej w mojej „cudownej” książce (ech… wiem, że przesadzam, a może nie?), wiem wszystko, mimo to polecam, proponuję, zachęcam, namawiam, reklamuję. Bo to „coś innego”. Bo żadna instytucja, ani grupa tego nie poleci, bo to na przekór, bo to prawdziwe:

http://camino.zbyszeks.pl/droga/