Miesięczne archiwum: Październik 2016

Camino i narodowości czyli spotkania z ludźmi

Mont de Marsant - France

Mont de Marsant – France

Nie wiem zupełnie, z kim teraz, dzisiaj chciałbym się najbardziej spotkać z tych, których spotkałem na Camino.

Chyba najbardziej chciałbym się spotkać z Takahashim. Dziwna była ta nasza znajomość i trochę niezwykły, w swojej zwykłości, był ten Japończyk. Niewylewny, mówiący powoli. Zawsze spokojny. Jadł tyle, co kot napłakał.

A jednak rozmowy między nami, były chyba, pomimo niewielu słów, najbardziej szczere i na swój sposób głębokie. Odarte z całego tego uroczego tła, z błyskotliwości sformułowań, z emocjonalnego falowania, jakoś tak – byliśmy prawdziwi. Chciałbym go zobaczyć, jeszcze raz. Trochę pójść razem. Wieczorem usiąść, przy winie albo przy herbacie i… opowiadać, jak jest.

W ogóle to wypada potwierdzić, że nacje, narody mają swoje charaktery. I to, gdy się spotyka tych ludzi, widać. Niemcy na przykład są konkretni. Po prostu. Jest takie pojęcie, szczególnie w sferze zawodowej, merytoryczność. Tacy są właśnie Niemcy. Nie ma „to tamto”. Są konkrety. Konkrety, które rozwiązują problemy. Konkrety, które ułatwiają życie. Konkrety, które stawiają na nogi rzeczy, które emocje, lekkomyślność czy niedbalstwo, stawia czasem na głowie.

Francuzi smakują życie. Po prostu. Są zapatrzeni w piękno i urodę. „Francja elegancja” to nie jest pusty slogan. Gdy spocony i wymięty siądziesz na betonie pod marketem i będziesz wcinał z pozłotka najtańszy ser, bo na taki było cię stać, to od wchodzącego do środka Francuza usłyszysz…. co? – „Bon appetit”!

Włosi są optymistyczni i weseli. Świetnie się z nimi rozmawia. Nie zwracają uwagi na wiele. To dobrzy kompani i towarzysze. Szczególną grupą są Azjaci. Faktycznie wyróżniają się na tle innych narodowości czy grup społecznych.  Gdy pomożesz komuś z Europy albo Ameryki to podziękuje ci z uśmiechem. Gdy zrobisz to samo w stosunku do kogoś z Azji, to zrobi on(a) wszystko, żeby ci się zrewanżować. Są uprzejmi, skupieni na tym, co robią. Chyba trochę patrzą na nas, Europejczyków z podziwem.  Spotykałem Japończyków, Koreańczyków i jednego Chińczyka. Ze wszystkimi dawało się wejść w dobry, szczery kontakt. I nawet w tej szczerości byli, choć nie wylewni, to właśnie uprzejmi. Jakby znaczenie miało dla nich to, jakie wrażenie robią na kimś drugim, jaki ślad w innych zostawia to, co robią i mówią.

Amerykanie to wieczne dzieci. W tym pozytywnym sensie tego słowa. Jakim sensie? W takim, że wszystko chcą poznawać. Że wszystko traktują jako równe sobie, także innych ludzi. W tym, że nie mają żadnych uprzedzeń. Są bardzo otwarci i tu, w Europie, też chyba są pod jej urokiem i wrażeniem. Z Amerykanami warto coś robić, razem iść. Są przedsiębiorczy, tacy… „do przodu” i często się uśmiechają.

W Hiszpanach jest jakiś ból. Zupełnie nie wiem jak to wyjaśnić, bo przecież ze wszystkich narodowości Hiszpanie najlepiej się bawią i są mistrzami świętowania i radości. A jednak, gdzieś poza kurtyną uśmiechu, szaleństw ich fiesty, gdzieś może nawet z tyłu ich świadomości, jest jakaś igła. Jakiś smutek. Jakaś rana. Są w tym podobni do Polaków. U nas też takie zranienie da się czasem zauważyć. Może to ta ich wojna domowa, ciągle gdzieś w nich jest? Hiszpanie przeciw Hiszpanom i krew, i dziesiątki albo setki tysięcy nawzajem się zabijające? Może to echo klęski pod Gravelines, która kończyła sen o potędze Hiszpanii, a rozpoczynała dominację Wielkiej Brytanii.

Więc w tej radości Hiszpanów, w tym ich uroczym zapamiętaniu, gdy oddają się zabawie, jest jakieś echo smutku. Czegoś co boli. I w Polakach też to jest. To poczucie zranienia. Te sto pięćdziesiąt lat, nie dość, że braku państwa to klęsk zrywów powstańczych.

Z kim dzisiaj chciałbym się spotkać, po tych wszystkich miesiącach jakie minęły od Camino? O Takahashim już pisałem. Więc z kim jeszcze?

Pewnie z Willeke, niesamowitą strażaczką z Holandii, z którą szedłem kilka dni przez południową Francję. Bardzo dobrze się nam rozmawiało i było ze sobą. Na trasie i wieczorem, przy stoliku, gdy makaron z oliwkami.

Chciałbym się spotkać z szeregiem Francuzów. Wpaść znów do domu Maurice i Odette, wypić tam szklankę zimnej wody, podziwiać, że Maurice zna trochę słów po polsku. Pewnie uściskałbym ponownie Noel i porozmawiał z Claudie. I chciałbym odwiedzić jeszcze długi, szereg Francuzów i Francuzek, bo to dobrzy ludzie. Bezpośredni i jakoś tak, piękni.

Chciałbym na pewno wypaść tuż za granicę. Ledwie 30 kilometrów i usiąść znów z Günterem i jego przyjaciółmi. Śmialibyśmy się i gadali jakby nigdy nic. Jakby wczoraj było dzisiaj. Jakby Polaków i Niemców nigdy nic nie dzieliło. I tylu innych Niemców wspominam pozytywnie. Nie, nie są jak Francuzi – bezpośredni i romantyczni. Nie są jak Hiszpanie skorzy do zabawy i otwarci jak Amerykanie. Ale ich, Niemców, konkretność jest nakierowana na ludzi. I dobrze ich mieć jako sąsiadów, choć dawniej wcale tak nie myślałem.

I na koniec chciałbym spotkać moich polskich przyjaciół. Wbrew pozorom, to właśnie na wspomnienie ich postaci jakoś tak najbardziej… czuję. Nie wiem właściwie dlaczego. Na zupełne wyróżnienie zasługuje tu polska młodzież. To wciąż nierozpoznany nasz atut, skarb, potencjał. Młodzi Polacy, takie jest moje zdanie, przerastają młodzież wszystkich innych nacji. Swoją dojrzałością i mądrością, swoim patriotyzmem, swoją umiejętnością czynienia wszystkiego wokół – jaśniejszym.

Więc teraz dopiero widzę. Że ci wszyscy ludzie spotkanie przeze mnie, ciągle jakoś ze mną, we mnie, są. Że zostawili swój trwały ślad. I pewnie ja w nich także. To jest taka nauka, z tego pielgrzymowania do świętego Jakuba, że wszyscy sobie jesteśmy pisani. Że możemy się nawzajem wzbogacać, wspierać, radować, być dla siebie. To doświadczenie z niczym nie porównywalne, bo świat nam oferuje rywalizację, atomizację, apoteozę egoizmów. Tymczasem jesteśmy dla siebie i różnice między ludźmi to sama pycha. To coś, co nam przynosi uśmiech, co czyni życie bogatszym, kolorowym. Co pozwala z uśmiechem powiedzieć – warto jest żyć.


(c) Copyright Zbigniew Ściubak 2016

Polski przewodnik po Camino de Santiago

Mam przed sobą trzy przewodniki po Camino. Oczywiście na różnych jego etapach. Pierwszy to „Der Ökumenische Pilgerweg” pomagający pielgrzymom na Jacobsweg w Niemczech. Drugi to przewodnik z serii „Miam Miam Dodo” prowadzący po ścieżkach Camino we Francji z Vézelay do Saint Jean Pied de Port. Trzeci to świeżo wydany przez WAM „Camino de Santiago, Przewodnik dla pielgrzymów” omawiający Camino Frances – drogę z Saint Jean Pied de Port do Santiago de Compostela oraz dalej do Muxia i Fisterra.

Jak na tle przewodników francuskiego i niemieckiego jawi się ten polski? Jaka jest jego przydatność? Jakie wady i zalety?

Zawartość:

Przewodnik WAM, którego autorem jest Szymon Pilarz, składa się z dwóch zasadniczych części. Pierwsza zawiera wszystkie niezbędne, wstępne informacje dla pielgrzymów. Można się z niej dowiedzieć: ile to wszystko kosztuje, co zabrać do plecaka, jak dostać się do miejsca rozpoczęcia pielgrzymki i wielu innych potrzebnych rzeczy. Można się z niej także dowiedzieć czegoś jeszcze. Tego mianowicie czym Santiago de Compostela jest, dlaczego tak się nazywa, jak i dlaczego ludzie tam pielgrzymowali. Jaki jest kontekst, całego tego fenomenu współczesnego pielgrzymowania do Santiago.

Część druga, to już przewodnik po kolejnych etapach Camino Frances i późnijszym Camino Fisterra. Autor Podzielił drogę do Santiago na trzydzieści etapów, z których każdy można przebyć pieszo jednego dnia. Wydaje się to dobrym podziałem, odpowiadającym preferencjom i możliwościom większości pielgrzymów. Etapy, tak są dobrane pod względem długości, aby w ważniejszych miejscach, pielgrzym miał czas na zwiedzanie i poznawanie miast, zabytków, budowli.

Każdy etap posiada swoją mapę, słowny skrótowy opis – jak pokonać drogę, często jest także mapa miejsca noclegu. Dodatkowo zamieszczone są niezbędne informacje o schroniskach, nie tylko tych w docelowej miejscowości, ale również napotykanych po drodze.

Przewodnik ma niemało, bo 272 strony i jest formatu 12×19 cm. Okładki posiadają „skrzydełka” dzięki którym, można sobie łatwo oznaczyć miejsce, do którego będziemy sięgać po drodze lub następnego dnia.

Porównania, wady i zalety:

Z trzech wymienionych na początku przewodników, największy gabarytowo jest przewodnik francuski. Taki „pełnoksiążkowy” format jest niewygodny na trasie. Najmniejszy jest przewodnik niemiecki. Polski jest od niego dwa centymetry szerszy. Waga przewodników jest podobna.

Najważniejsze dla pielgrzyma są: mapa, noclegi i zaprowiantowanie. Mapy w omawianym przewodniku są bardzo dobre. Biją na głowę te w „Der Ökumenische Pilgerweg” i są wygodniejsze od bardzo dokładnych map z przewodnika francuskiego.

Przewodniki francuski i niemiecki, nie zawierają podziału na etapy. To ważna różnica. Przy ich pomocy, pielgrzym musi sam określić każdorazowo, swój następny cel. Są więc bardziej elastyczne. Z drugiej strony, przewodnik Szymona Pilarza „prowadzi” pielgrzyma w przemyślany sposób. Zawarty w nim podział trasy ma logiczne uzasadnienie, a nic nie stoi na przeszkodzie, aby pielgrzym, w oparciu o informacje z przewodnika, dokonał własnego wyboru noclegów i długości dziennego marszu. Podział na etapy zaliczyć należy zdecydowanie na plus dla polskiego przewodnika i wiele osób korzystających z niego, będzie z niego naprawdę zadowolona.

Ważną zaletą polskiego przewodnika jest omówienie tras alternatywnych oraz pewnych istotnych, a mogących sprawiać kłopot pielgrzymowi, zagadnień na szlaku. Gdy pielgrzym staje przed rozgałęzieniem Camino, wtedy zastanawia się, który wariant wybrać. Mapa podpowie mu tylko odległość do pokonania, ale przewodnik Szymona Pilarza poinformuje go, jakie będą warunki i czym się charakteryzuje dany wariant. Np. wybierając drogę w prawo, będzie 3 km dalej, ale dużo cienia, więc jeśli jest gorąco, to takie informacje są dla pielgrzyma niezwykle przydatne. Podobnie gdy droga dochodzi do przegradzającej ją bramki, informacje z przewodnika wyjaśnią, że to naturalne, że można tę bramkę otworzyć i należy ją zamknąć za sobą, bo to ochrona przed przemieszczaniem się zwierząt hodowlanych.

Następną, zupełnie nie do przecenienia, zaletą jest zamieszczenie, oprócz map, profilu pionowego drogi. O ile jest to bez większego znaczenia przy etapach płaskich, to konieczność zrobienia 500 m albo i ponad kilometra pionowo w górę, to bardzo ważna informacja dla pielgrzyma. W następnej edycji warto by się pokusić jeszcze, o podanie tzw. przewyższenia pionowego w górę i w dół, to jest podania wartości ile w sumie mają w górę podejścia, a ile zejścia na danym etapie. Bywa to ważne, bo np. na Camino del Norte są etapy o różnicy wysokości około 350 metrów, ale ze względu na pofałdowanie drogi, suma podejść przekracza kilometr i tyle samo mają zejścia.

Cenne jest podanie godzin mszy świętych, w kościołach leżących na trasie. Hiszpania jest krajem postępującej sekularyzacji. Kościoły są często zamknięte. Trafić na mszę świętą „ot tak”, bywa po prostu bardzo trudno. Znaczna część pielgrzymów, nie szuka po drodze praktyk religijnych i przewodniki, ani nawet informacje w albergach, o możliwości udziału we mszy świętej nie wspominają. Tym bardziej jest to wielka i unikalna zaleta „naszego” przewodnika.

Każdy omawiany etap, zawiera rozdział „warto zobaczyć”. Choć nie jest on krytyczny z punktu widzenia pielgrzyma, to znów – jest on bardzo cenny. Łatwo bowiem zapamiętać się w marszu, skupić na niezbędnych codziennych obowiązkach pielgrzyma i minąć. Minąć to, co tuż obok nas. Co moglibyśmy obejrzeć. Z czym moglibyśmy się zetknąć. Mowa o zabytkach, o kulturze, o elementach historii. Dzięki przewodnikowi Szymona Pilarza, możemy z Camino de Santiago przywieźć do domu więcej. Więcej wiedzy, więcej znajomości kultury tamtej ziemi. Więcej wrażeń. Będziemy o to bogatsi.

Porównanie:

Przewodnik francuski jest bardzo dobrym, bezpośrednim wsparciem pielgrzyma w drodze. Jest jednak trochę nieporęczny. Mapy z jednej strony są niezwykle wręcz dokładne, z drugiej, aby przejść etap, trzeba kartkować książkę, bo mapy go opisujące będą na kilku różnych stronach. Nie ma w nim wskazań, co warto zobaczyć, nie ma też – oczywiście? – informacji o sferze duchowej, tj. mszach świętych po drodze.

Przewodnik niemiecki ma świetny format, dobrze mieszczący się w kieszeni. Dobry papier, użyteczne informacje i… dość nieszczęśliwe mapy, przypominające dziecinne rysowanki. Jakkolwiek posiada informacje turystyczne dotyczące mijanych miejsc, to są one dość oszczędne, a próżno znów szukać tej prostej i potrzebnej pielgrzymowi wiedzy, gdzie można pójść na nabożeństwo. Choć tu, trzeba przypomnieć, że przewodnik ten opisuje trasę wiodącą przez tereny głównie protestanckie.

Przewodnik niemiecki posiada okładkę ze skrzydełkami (podobnie jak polski). To drobne, ale naprawdę użyteczne ułatwienie.

Podsumowanie.

W przewodniku WAM Szymona Pilarza można znaleźć drobiazgi, które można by zmienić lub go o nie wzbogacić. Na przykład warto by zamieścić dla każdego etapu przewyższenie pionowe w górę i w dół. Można by uprościć opis alberg, stosując zamiast słownych określeń, dostępnych w nich funkcjonalności, ikony.

Ja ze swojej perspektywy odradzałbym, w części wstępnej, bardziej zdecydowanie plastikowy kubek, zaś nie jestem pewien, czy warto brać paszport w celu zakupu karty telefonicznej. Sam kupowałem na dowód.

Generalnie jednak przewodnik WAM autorstwa Szymona Pilarza to produkt bardzo wysokiej jakości. Jest niezwykle udany w warstwie „fizycznej”. Książka jest wygodnego formatu. Papier bardzo dobrej jakości. Kolory świetnie dobrane. Czcionka przyjemna dla oka i ułatwiająca czytanie. Fotografiom można by poświęcić odrębny akapit. Są niemal doskonałe. Świetne kolory. Bardzo dobre ujęcia. Książkę po prostu chce się wziąć do ręki i nie odkładać.

Zaproponowany w przewodniku podział na etapy pomaga pielgrzymom, którzy chcą mieć „wszystko ułożone”. Dodatkowe informacje dodają tak ważnej historycznej i kulturalnej perspektywy etapom i miejscom, przez co wzbogacają efekt pielgrzymowania. Przypomnienie pielgrzymom kiedy msze święte po drodze – bezcenne.

Do czego się tak książka nadaje? Ja myślę i trochę mam tu na myśli zbliżający się czas, że świetnie nadaje się na prezent. Bo nie jest tylko pomocą dla pielgrzyma, który już jest na trasie, ale jest też wspaniałym ukazaniem osobom niezorientowanym piękna i znaczenia Camino. Poprzez zdjęcia. Poprzez informacje. Poprzez, tak cenny, zarys tła historycznego.

Nadaje się też ta książka, i taka jest jej podstawowa rola, do pielgrzymowania. Jako towarzysz. Jako wsparcie. Jako pomoc przed wyruszeniem, a potem już na trasie.

Więc ostateczne pytanie jest takie: Czy zabrałbym ten przewodnik ze sobą, gdybym wybrał się na Camino Frances? Odpowiedź brzmi – Tak, zabrałbym.  I zrobiłbym to z prawdziwą przyjemnością.

 


Książka z mojej pielgrzymki z Polski do Santiago de Compostela

Camino, Samarytanie i kwestia bliźniego

Noth-west France

Noth-west France

A kto jest moim bliźnim? – zapytał uczony w Prawie, Jezusa z Nazaretu. To pytanie pozostaje jednym z kluczowych pytań każdego człowieka. Pozostaje pytaniem, na które nie możemy nie dawać odpowiedzi. I dajemy ją w rozmaity sposób.

Dla jednych inni bliźni to naród. Ludzie podobnego pochodzenia, mówiący podobnym językiem. Stąd idea narodów i ich państw. Stąd jej konsekwencje, też i takie oto, że ludzie byli mordowani z tej tylko przyczyny, że byli jakiejś narodowości.

Dla innych bliźni to ten, co wierzy w to samo i tak samo jak oni. Ma takie same poglądy. Podziela ich przekonania, na przykład religijne. Stąd idea wspólnoty wynikającej z religii albo z poglądów politycznych, ekonomicznych czy innych. Jesteśmy bliźnimi, bo jesteśmy takiego to wyznania, bo mamy takie same opinie na temat życia i świata. Komunizm, liberalizm, islam, katolicyzm. Ci co inaczej – to nie nasi bliźni. Przynajmniej nie naprawdę. Są obcy, ale łaskawie, chwilowo, tak ich możemy werbalnie i tolerancyjnie określać.

Jest jeszcze inny rodzaj spoiwa, łączności, tożsamości, który łączy ludzi w jedno, tak, że mogą myśleć o sobie: bracia, bliźni, bliscy. Ten trzeci sposób, nie wywodzi się ze wspólnego pochodzenia czy języka, nie polega też na wspólnocie wierzeń, przekonań i poglądów.

On te wcześniejsze kryteria przekracza i unieważnia, bo jest prawdziwy i realny. „Przechodził, obok okradzionego i pobitego Polaka, kapłan katolicki. I poszedł dalej. Przechodził też sąsiad, działacz polityczny i propagator słusznych idei. I poszedł dalej. Przechodził też Niemiec, co był protestantem, a może niewierzącym.  Ten właśnie pochylił się, zapytał co się stało i pomógł pobitemu. Który z nich okazał się bliźnim pobitego?” Tak w dzisiejszych czasach brzmiałaby przypowieść Jezusa o miłosiernym Samarytaninie.

Na Camino można zrozumieć, że prawda o ludziach, o tym co ich łączy, nie leży w ich poglądach, w ich wierzeniach, w ich pochodzeniu. Leży ona, i o tym mówił Jezus, w tym co robią sobie nawzajem. Jacy są dla siebie. Czy przejawiają kąśliwość, zajadłość i obojętność względem drugiego. Czy otwartość, szacunek i chęć pomocy. To Samarytanin, obcy i innowierca okazał się bliźnim napadniętego Izraelity. Gdy Jezus uzdrowił dziesięciu trędowatych, tylko jeden wrócił, by podziękować. I znów nie był to jego rodak ani współwierzący, tylko inny Samarytanin.

Na Camino dowiadujemy się, że braterstwo i wspólnota przekracza pierwotne, plemienne odniesienia. Przekracza też ideologiczne i wyznaniowe ramy. Bo sprowadza się do rzeczywistości działań i postaw wobec innego człowieka.

Nie jest już ważne czy jesteś Amerykaninem, Australijczykiem, Niemcem, Koreańczykiem, Polakiem, Francuzem. Nie jest wcale ważne jakiego jesteś wyznania. Ważne jest, kim jesteś dla ludzi. Z tego powstaje realna wspólnota. To właśnie, nie poglądy czy konkretne praktyki, jest jej materią.

Camino jest tym miejscem, gdzie takiej wspólnoty można doświadczyć. Doświadczyć, to coś o wiele więcej niż zrozumieć czy się dowiedzieć. Bo doświadczyć to znaczy przeżyć, to znaczy dotknąć i być dotkniętym. Czego? Prawdy o tym jak jest. Prawdy o tym, że nie po tym was poznają, że będziecie uczestniczyć w obrzędach religijnych gorliwie. Nie po tym was też poznają, w jakim języku będziecie mówili. Ale po tym, że „miłość wzajemną mieć będziecie”. A to znaczy pomoc. A to znaczy szacunek. A to znaczy wspólną, radość, wysiłek, poleganie na sobie. A to znaczy troskę.

Więc Camino to jakaś wielka kuźnia. Kuźnia chrześcijaństwa. Tego prawdziwego. Tego, które było rewolucją w ustach Mistrza z Nazaretu. Tego ludzkiego, w którym każdy człowiek może się odnaleźć, nawet jeśli myśli, że nie wierzy. Bo Bóg to nie zestaw poglądów. Bo Bóg to miłość. A miłość to działanie. I to jeszcze jedna z nauk, jakie można pobrać na tej cudownej i niezmierzonej drodze do świętego Jakuba w Santiago. Na Camino.

20150709_163337

 

 

Cystersi i Camino

W roku 1098, w którym pierwsza Wyprawa Krzyżowa podbiła Antiochię i zmierzała w stronę Jerozolimy, którą miała zająć 15 lipca następnego roku, opat klasztoru benedyktyńskiego w Molesme, zrażony kształtem życia w tym zgromadzeniu, odszedł by założyć nowy zakon.

Pierwszy klasztor nowego zgromadzenia został ufundowany w Cîteaux w tym samym 1098 roku. Nazwa miejscowości Citeaux w ówczesnej lingua franca, czyli w łacinie, to Cistercium, stąd nowy zakon zyskał nazwę cystersi.

Szybko cystersi stali się jednym z najbardziej rozpoznawanych zgromadzeń zakonnych. Założyli szereg opactw we Francji, m.in. w Marimond w 1115 roku.

Sześciesiąt lat później, w 1176 roku polski książę Kazimierz II Sprawiedliwy sprowadził zakonników z Marimond na swoje ziemie i ufundował opactwo w Sulejowie nad Pilicą. I tak oto powstał klasztor w Sulejowie, który istnieje do dnia dzisiejszego i który można odwiedzić.

Nic o tym wszystkim nie wiedziałem, gdy na wpół przerażony, na wpół zdeterminowany przedzierałem się przez Polskę w kierunku jej zachodniej granicy, by podążać ścieżkami do świętego Jakuba.

Sulejów wypadł przypadkiem. Był w odległości 30 kilometrów od Opoczna, był na zachód, był na mojej drodze. Poszukałem w internecie jakiejś parafii w owym Sulejowie i zadzwoniłem.

20150522_173003

Po krótkiej, męskiej rozmowie usłyszałem: „Tak. Niech pan przyjdzie.” Więc następnego dnia dotarłem do Sulejowa. Nie poszedłem od razu na parafię, do zakonników. Nie. Było popołudnie i świeciło słońce. Kolory niewielkiego kościoła, który stał przede mną były takie, że nie mogłem oderwać oczu. Wszedłem do środka. Cisza. Kilka osób. Czas, jakby się tam materializował, choć przecież nic o tym miejscu wtedy nie wiedziałem.

20150522_185138

Zakonników było dwóch. Uprzejmi ale raczej męscy, czyli – bez wylewności. Msza śliczna. Dostałem obrazek Matki Boskiej, który przeszedł ze mną aż do Santiago.

I to wszystko tam trwa. Od owego 1098 roku, od wyjścia świętego Roberta (opata z Molesme) i założenia w Citeaux nowego zakonu, od zaproszenia tych zakonników i ufundowania dla nich siedziby 800 lat temu w Polsce, aż do dzisiaj.

Sulejów leży na najprostszym szlaku z centralnej Polski ku Zachodowi, do Zgorzelca. Wierzę, że kiedyś będzie miejscem, które odwiedzać będą pielgrzymi. A warto. Bo miejsce to niezwykłe. Zaś zakonnicy… ale to już za długo by było opowiadać 🙂

Aha. Ten kościół. Otóż jest zbudowany, z kamienia, w odróżnieniu od ceglastych świątyni tak często spotykanych u nas. Właściwie to teraz po czasie, dochodzę do wniosku, że jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądają kościoły we Francji, takie kościoły, które mają nie 100, 200, 400 lat ale takie co maja ich dwa razy tyle, to może pojechać albo pójść do Sulejowa. Piękny jest, po prostu.

20150522_172658

 

Droga, którą musiał przebyć św Robert, z Molesme do Citeaux (Cistertium) wiedzie przez Châtillon-sur-Seine, miejscowość przez którą przechodziłem, idąc do św Jakuba.

I tyle jeszcze spraw, zdarzeń, miejsc i losów przeplata się ze sobą, gdy obejrzymy się wstecz, na drogę. Trzeba tylko wyjść, wyruszyć. My też stajemy się jakimś elementem tkaniny czasu i życia, i sami też dokładamy do niej swoje „nici”, ścieżki, kroki, czyniąc ją bogatszą, piękniejszą, ciągle nową…


Więcej o Sulejowie, Châtillon-sur-Seine i innych w książce. Zachęcam do czytania 🙂