Miesięczne archiwum: Wrzesień 2016

Raport z rozpowszechniania się „Drogi” nr 03

20150917_010644

Ilość pobrań przekroczyła 1 000  (słownie: tysiąc). Jednocześnie dynamika ich przyrostu wytraca pęd. To naturalny proces i jednak osiągnięcie, co do skali rozpowszechnienia się książki, cieszy.

Dane w liczbach to:
– ilość pobrań książki: 1 005
– ilość osób, które pobrały książkę: 650  (w przybliżeniu)
– ilość informacji zwrotnych, że ktoś czyta: 30
– ilość osób, które dały znać, że skończyły czytać całość: 4
– ilość recenzji po przeczytaniu całości: 3
– ilość dotacji: 3

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy biorę takie wyniki, gdy tekst jeszcze pisałem, odpowiedziałbym, że w ciemno. Jednak największą wartością, zwrotem, korzyścią są wypowiedzi i oceny czytających. Całej reszty mogłoby nie być, w zestawieniu z tym prostym faktem, że rzecz „z podziemia”,  „partyzancka”, nieumocowana w żadnych strukturach, nie wspierana i nie popierana, napisana nie przez jakiś autorytet tylko przez zwykłego człowieka, dociera do ludzi i jest dla nich jakąś tam, prawdziwą a nie wpieraną, wartością.

Więc dziękuję, za wszystkie sygnały i opinie. Polacy nie są zbyt skłonni do ich wyrażania. Lubimy być widzami. Więc każdy taki sygnał słowny, że czytam albo przeczytałam, co o tym sądzę, to dla mnie piękna rzecz.

Dostaję też po głowie, co muszę przyznać, trochę do mnie też dociera. Moi rodacy piszą mi takie rzeczy jak:

Wędruje sobie brodaty safanduła po świecie, bez zbożnego celu, niczym Kozia Bródka – bohater opowiastki Kornela Makuszyńskiego. To co przemierzył, zobaczył, doznał i przemyślał, a nawet co mu ślina na język nasunęła – spisywał potem każdego dnia.

Autor wygląda na „wierzącego agnostyka”. Brednie!

Muszę przyznać że sposób promocji „Najpiękniejszej na świecie książki” jaki Pan obsesyjnie uskutecznia efektywnie mnie odstręcza od wszelkiego zainteresowania Pańską pielgrzymką do Santiago de compostella i jawi mi się jako subtelna forma Pańskiej nieuświadomionej megalomanii.

Czy jestem megalomanem, safandułą spisującym, co mu ślina na język nasunęła, obsesyjnie uskuteczniającym promocję swoich bredni? Nie wiem. Może. Jeśli tak, to proszę o więcej takich uwag. Człowiek najłatwiej się myli przy ocenie własnych intencji i zachowań. Mylnie siebie i to co robi postrzega, gdy tymczasem bliźni zwrócą mu, z dobrego serca, uwagę na to – jaki jest naprawdę.

Osoby piszące te oceny, przedstawiają się generalnie jako bardzo religijne. Więc może coś w ich opiniach jednak jest?

Od niedawna książka jest dodatkowo dostępna w formie ebooka, do kupienia w księgarni internetowej. Z różnych względów uznałem to za potrzebne. ISBN. Z czasem umieszczenie w katalogach tych najbardziej popularnych jak Empik. Itd. Książka nadal pozostaje do darmowego pobrania ze strony bloga. Bo to („Droga”) jest przede wszystkim coś, czym chciałem się podzielić.

Dodałem też stronę z recenzjami. O dziwo, cztery osoby, które dały znać, że przeczytały całość to… mężczyźni! 🙂 A mówią, że kobiety czytają. A tymczasem…. to mężczyźni. Nie wiem. Może to książka napisana przez faceta dla facetów? Nie wydaje mi się, przynajmniej nie miałem takiego zamiaru.

Wciąż nie potrafię trafić, znaleźć dojścia, sposobu, by książkę zechciały wydać w tradycyjny sposób wydawnictwa „papierowe”.  Ale to nie jest tylko mój problem. Rynek jest specyficzny. Z kilkunastu wydawnictw, do których skierowałem zapytanie, odpowiedziały trzy, wszystkie negatywnie. W tym jedno, że po prostu jest małe i nie mogą, ale doceniają.

I tak pewnie powinno być. Bo wszystko, co nam się przydarza i czego doświadczamy, może…, powinno być. Nawet, jeśli to nas wcale nie cieszy 🙂

Życie codzienne wcale nie jest łatwiejsze od pielgrzymki, a pielgrzymka nie jest od niego trudniejsza. Przynajmniej tak to odbieram. Więc pora brać się w garść i iść, w kolejne dni.

Fundamentalizm i pielgrzymowanie

Wysłuchałem rozmowy Ruperta Sheldrake’a z anglikańskim biskupem Kalifornii. Jeden jest dość „dziwnym” naukowcem. Drugi dość niezwykłym, jak na warunki polskie, duchownym.

Obaj panowie w trakcie rozmowy, która miała ciekawe elementy, prezentowali niezwykłą zgodność. Właściwie cała ich postawa była szukaniem zgody i zgodności. O ile w przypadku naukowca, ten kierunek był modyfikowany przez intelektualny warsztat, który nie pozwala wprost afirmować nonsensów i nakazuje choćby w najdelikatniejszy sposób starać się zwrócić uwagę na rzetelność rozumowania; to w przypadku biskupa, takie ograniczenie chyba nie występowało. Duchowny anglikański w zasadzie nieba przychylić chciałby wszystkim, wszystkiemu i za wszelką cenę się zgodzić.

Są to postawy diametralnie różne od tych, które gdzieś we mnie są i pokutują, które chyba właściwe są dużej części Polaków. Bo my jesteśmy fundamentalistami. Fundamentalista to człowiek, który jakiś zestaw słów, pojęć, zdań, opisów i ocen rzeczywistości czyni niepodważalnym i niedyskutowalnym. Wszystko zaś, co się nie zgadza z ową formułą, owym przedmiotem wiary fundamentalisty, jest złe i trzeba to atakować i zwalczać.

Są fundamentaliści polityczni. Jedni wierzą w jeden obóz polityczny ślepo zupełnie, drudzy tak samo w drugi. Dla jednych i drugich myślący inaczej są krzewicielami zła i najgorszym zagrożeniem. Fundamentalistką jest „katolicka” pani profesor, działająca w polityce, ale taką samą fundamentalistką jest feministyczno-ateistyczna pani profesor też udzielająca się w ruchach politycznych.

My Polacy jesteśmy fundamentalistami. Wybieramy jakiś pogląd i zaciekle zwalczamy wszelkie inne. Typowymi fundamentalistami są muzułmanie. Fundamentalistami są ortodoksyjni żydzi. Powstaje pytanie czy anglikański biskup Kalifornii jest fundamentalistą?

Gdy tak słuchałem jego, przesiąkniętych miłością do każdego człowieka i do każdych zjawisk społecznych, wypowiedzi, to najpierw czułem się bardzo pozytywnie zaskoczony. Z czasem jednak zacząłem zauważać takie nonsensy, że wychodziło na to, że jedyną prawdą jaką anglikański biskup uznaje, jest zgadzanie się ze wszystkimi we wszystkim. Takie zgadzanie się, które przez pragnienie nie odstąpienia od niego, prowadzi do błędów nawet intelektualnych.

Więc to też jest jakiś fundamentalizm właśnie, ta dążność za wszelką cenę do tego, by docenić każde inne stanowisko, by zgodzić się z każdą tezą, by szukać wspólnego z każdym kierunkiem. Oczywiście, owo „każdy” jest tu zbyt dalekie, ale zakres pozytywów dostrzeganych przez biskupa i docenianych przez niego (szamani?) jest na tyle szeroki, że uzasadnia potoczne użycie tego słowa.

Pozostaje pytanie czy ja, jestem fundamentalistą. Z jednej strony pewnie nie jestem, bo jestem gotów zakwestionować każde zdanie ze zbioru moich poglądów, z opisu świata, ludzi, kultury i wiary. Gotów zakwestionować, to znaczy gotów o tym dyskutować, gotów się zastanowić czy to prawda czy nie.

Z drugiej strony chyba jednak jestem. Ale w inny sposób. Jestem fundamentalistą nie w odniesieniu do jakichś poglądów: Na to co dobre a co złe. Na to prawdziwe a co fałszywe. O tym mogę rozmawiać.

Jestem fundamentalistą w kwestii decyzji. Decyzji, od której nie zostawiam sobie odwrotu. Decyzji, którą staram się podejmować, wciąż na nowo, za radą Jezusa, ze wszystkich sił, z całego umysłu swojego, z całego serca.

Gdy taka decyzja zostaje podejmowana w taki sposób, to definicje, poglądy, „przedmioty wiary” przestają mieć znaczenie. Są czymś z innego poziomu. Czymś nad czym można pomyśleć, co można przyjmować, poznawać, zmieniać. Bo nie są już centrum i treścią człowieka. Tym centrum w miejsce teorii staje się doświadczenie.

I tu kłania się właśnie pielgrzymowanie, w tym to szczególne do świętego Jakuba. Bo to pielgrzymowanie nie daje nowych teorii. Nie przynosi powtarzania nauk, które ktoś wymyśla i które poprzez uporczywe powtarzanie reklamuje jako niezmienne i jedyne, i konieczne.

Pielgrzymowanie odrywa też od nauk sączonych w sposób bardziej subtelny przez media. Bardziej subtelny ale jeszcze bardziej nieubłagany, szaleńczo natarczywy, wciąż często fundamentalistyczny, choć w odwrotnym kierunku.

Więc pielgrzymowanie oddziela człowieka od teorii. Od słów, o które walczą ludzie, o które chcą sobie czynić wyrzuty, zarzuty. O które gotowi się nawzajem atakować. Z którymi chcą się identyfikować. Pielgrzymowanie przynosi, w miejsce teorii, doświadczenie. Odkrycie, że poprzez doświadczenie można się czegoś nauczyć. Nie teoretycznego, tylko takiego egzystencjalnego. Życiowego.

Doświadczenie prawdziwie otwartego bycia z ludźmi, możliwości polegania na obcych, doświadczenie trudu drogi, to wszystko buduje pielgrzyma w sposób, który nawet dla niego samego, nie jest łatwy do wypowiedzenia, do wyjaśnienia. Ale w sposób, który jest tak bezpośrednio odczuwalny, że nie można mu zaprzeczyć.

Gdy zamęt słów, „prawd” i przekonań, w które wierzymy opada, zostaje goły człowiek. Ze swoimi wyborami, decyzjami i doświadczeniem. Z tym co zrobił innym ludziom. Z tym czy postawił na siebie i siebie próbował ocalić, czy z zaparciem i super-fundamentalizmem usiłował dążyć do Miłości, której nadajemy imię Bóg.

Cała reszta zdaje się wtedy jak nieważne, opadłe już liście, w dolinach, które rankiem, przykrywa dywan pierzastej mgły. A pielgrzym idzie szczytami, bo wstał wcześnie, bo słońce właśnie wschodzi, bo ma przed sobą cel, do którego jest zmierzaniem…

20150819_080225


Najpiękniejsza na świecie książka jest do dostania tutaj.
A tutaj jest jej strona na facebooku, którą można polubić.
Jeśli przeczytasz ten tekst, albo (lepiej) książkę, to daj znać, co ci się spodobało, niespodobało, co myślisz. To, wbrew wszelkim pozorom, ważne.

 

 

Jesteśmy uratowani

Generalnie sytuacja człowieka jest nie do pozazdroszczenia. Zewsząd zagrożenia i niebezpieczeństwa. Wszystko dybie na niego. W końcu… śmierć, bliższym czy późniejszym. Do d**y z takim życiem.

Niektórym się poszczęści. Mają swój czas, konsumpcji. Związków, majątku, przyjemności, doznań, uznania, władzy, sławy, zdrowia itd. Ale ten czas nie wszystkim dany i nie na stałe. Czas drugi, czas gdy nas zaboli, gdy perspektywy runą, gdy nie potrafimy sobie poradzić, gdy już nic… – zdarza się równie często, jeśli nie częściej.

I można dojść do sytuacji, gdzie już nic nie ma sensu. Żadne nasze poczynania nie prowadzą do dobrych skutków, nie zmieniają naszego położenia, a jak spróbujemy, to na gorsze wychodzi. Jednym słowem życie jest fatalną pułapką, z której nie mamy jak wyjść.

Rzecz jednak w tym, że upatrujemy swojego wyzwolenia, swojej radości, swojego spełnienia w czymś, co jest dookoła nas. W tak zwanej rzeczywistości. Gdy owo coś, co dla nas uczyniliśmy nieświadomie, warunkiem szczęścia, padnie, to po nas.

Jak byśmy się nie gimnastykowali, zawsze szukamy tego czegoś, czego nie mamy. Bo to nam potrzebne, bo z tym wiążemy swoje samopoczucie, swoje poczucie szczęścia.

I bywa, że Bóg (o ile istnieje) odziera nas. Odziera nas ze wszystkiego, co nam drogie. Hiob się kłania. Odziera nas tak, aż nic nam nie pozostanie poza głuchą rozpaczą. I ewentualnym spostrzeżeniem, że wszystko „w czym pokładamy nadzieję” może być nam zabrane. Na serio. Łącznie z życiem i szacunkiem.

I dochodzi się wtedy do nieśmiałego przypuszczenia.
– To może Bóg…
– Ale co Bóg?
– No… to może Bóg, mógłby być adresatem tej nadziei. Może w nim ją pokładać?
– No a co ze wszystkim innym?
– Nie wiem, po prostu nie wiem. Wszystko inne i tak… Więc może jednak w Nim?
– No ale zawsze przecież w nim, tę nadzieję też pokładaliśmy.
– No wiem, ale tym razem… na serio.
– A to nie było na serio? To poprzednio?
– A było?


Hasła do tekstów

Część tekstów jest zabezpieczona hasłem. Nie po to, żeby je ukryć, bo wystarczyłoby je oznaczyć jako „prywatne” i nikt poza właścicielem nie miałby do nich dostępu.

Są zabezpieczone, żeby przypadkowo przeglądająca osoba się na nie nie natknęła. Bo są trudne. Skomplikowane. Ciężkie. Albo nie są przeznaczone do swobodnego powielania, również ze wcześniejszych powodów.

Hasło najczęściej to oczywiście „camino„.  Jeśli nie to trzeba pytać przez „Kontakt”.

Rok temu

20150917_012333Rok temu zakończyłem moją podróż. Nie było już dalej. Drogi przede mną. Dopiąłem jedno z największych, jeśli nie największe przedsięwzięcie w moim życiu. Przeszedłem z domu do Santiago de Compostela, a potem do Muxia i Finisterra.

Co się zmieniło? Jak widzę to teraz? Co się stało w ciągu tego roku?

Pamiętam, że był czwartek i bardzo gorąco. Droga była piękna, ale dłużyła mi się w ostatniej fazie. Finisterra ładna, alberga w miarę i to niezwykłe poczucie po czterech miesiącach ciągłego marszu, że już nie ma dokąd.

Czy się zmieniłem w wyniku tej pielgrzymki? Nie wiem. Na pewno nie drastycznie. Wiele zrozumiałem. Także i to, że życie to stała pielgrzymka, czyli codziennie trzeba jakoś tam, do przodu i życie nie polega na tym, żeby odnaleźć jakiś stan, jakąś mądrość, jakąś postawę, która da nam szczęście, tylko polega na ciągłym zmaganiu się, szukaniu, ciągłym marszu.

Czy zmieniło się moje nastawienie i życie religijne? Chyba tak. Powiedziałbym, że się urealniło. Religia jak i szereg innych sfer, staje się często w życiu, przynajmniej tak było w moim, przestrzenią odgrywania zaplanowanych ról. Wiemy co powiedzieć, jak się zachować, co czuć, co ma być.

Pielgrzymka taka jak moja, stawia człowieka w sytuacjach, gdy już nie wiadomo co będzie, co robić i jak ma być. Pozwala albo raczej zmusza do porzucenia ról. Napuszonych prawd. Dostojnych zwrotów. Zostaje goła prawda, o człowieku, o jego stosunku do Boga. I tyle.

Przez ten rok, od kiedy dotarłem do Finisterry napisałem książkę. Ha. To prawie taki wyczyn dla mnie jak sama pielgrzymka. Wcale w nią nie wierzyłem. Ciągle słyszałem za uchem, swoje – swoje? – własne wątpliwości: nie rób tego, nikomu to niepotrzebne, to bez sensu. A jednak pisałem. Dzień po dniu, tak jak szedłem, wiernie i prawdziwie. I w końcu… ponad tysiąc stron. Omatko 🙂

Zabrało mi to pisanie czas od września ubiegłego roku aż do sierpnia bieżącego. Za długo. Za dużo. A może właśnie dobrze. W sumie, dzięki temu, ta pielgrzymka wróciła jakoś i do mnie, choć chciałem, żeby była dla innych. Gdybym tego nie napisał, utonęłoby to wszystko. To jedna z nauk jakie wyniosłem z tej długiej drogi, trzeba cenić i przypominać rzeczy wartościowe. Bo same ze siebie się nie utrzymają.

Dziś w Polsce piękny dzień. Może ostatni taki ciepły, bo zaczyna się jesień. Dwa dni temu byłem w lesie. W ciszy, w morzu blasków słońca spadającego z góry i smug cienia od koron drzew, raz po raz spadały liście. Tańczyły w powietrzu, opadając niżej i niżej. Było słychać owady.

Natura jest czasami zupełnie niesamowita. Pokazuje nam swoje piękno i przemijanie. Dwie rzeczy na raz. Przeciw takiemu połączeniu buntuje się człowiek, buntuję się ja. Ale to zły bunt. Wszystko przemija. Na tym świecie. Tylko to co poza nim, pozostaje, wciąż słoneczne, jak ten las dwa dni temu.

Dziś, po roku od dotarcia do Finisterra, nadal jestem wdzięczny. Wdzięczny sobie za decyzję, upór i odwagę. Wdzięczny wszystkim niezwykłym ludziom, których spotkałem i którzy mi pomogli. Wdzięczny jestem Bogu, za wszystko, bez wyjątku. Wciąż w niego jakoś… wierzę.

Życie „w cywilu” jest inne. Kieruje się innymi prawami i zasadami. Dawniej miałem zacięcie do interesowania się czy komentowania życia politycznego. Dziś, gdy patrzę na takie komentarze, to jakoś jestem z boku. Irytuje mnie zapalczywość, krótkowzroczność, wieczny zgiełk, z którego – nie oszukujmy się – często niewiele wynika.

Inne rzeczy są ważniejsze. Prawdziwsze. Bezpośrednio nas dotykające.

Więc cieszę się, cieszę się, że poszedłem i doszedłem. Życzę każdemu, dojścia do Santiago, na jego własną miarę i jakieś przeznaczenie. Życzę każdemu doświadczeń, które budują, które pozwalają dostrzec życie z innej strony. Czy mam jakieś plany? Pragnienia? Jeszcze raz?

Teraz nie. Kiedyś… Chętnie bym przeszedł Camino portugalskie, ale to nad samym morzem. Może kiedyś przez północne Niemcy i Północną Francję z jej kolebkami? Może przez Alpy? A może, to niemożliwe, pójść w przeciwną stronę.

Jeśli będzie taka potrzeba, żeby pójść, to będę to wiedział. Wiedział dokładnie. I wtedy pójdę. Dziś tak nie jest. Dziś walczę i szukam możliwości, żeby książka przepchnęła się do szerszej publiczności, żeby stała się faktem materialnym, a nie tylko elektronicznym.

Dziś zajmuję się tysiącami spraw związanymi z codziennym życiem. Ale wiem. Wiem, że to Camino jest jakoś tak jak latarnia morska w moim życiu. Że jest takim światłem. I kogo nie spotkałem i z kim nie rozmawiałem, z tych co przeszli Camino, to mam wrażenie podobne, że jaśnieją od tego przejścia. Od tej pielgrzymki. Od tego doświadczenia. Że to coś, co życiu nadaje smak, ubarwia je, przydaje sensu i zrozumienia.

Pochmurno już. Pora zapisać bloga. Opublikować go. Dać odnośniki na facebooku. Wieczorem trzeba się będzie pomodlić. Za wszystkich pielgrzymów. Tych co doszli i mogą powspominać. Tych co właśnie teraz przemierzają ścieżki Camino. I tych co dopiero pójdą. Żeby doświadczyć, żeby zrozumieć, żeby dojść do apostoła Jezusa Chrystusa.

20150917_230459

Raport z rozpowszechniania się „Drogi” – 02

To ciągle miłe. Ilość pobrań „Drogi” na 10 września to:

  •  pdf: 558
  • epub: 193
  • mobi:  85
  • Razem: 836!

W ciągu tygodnia, od poprzedniego raportu, nastąpił wzrost o 30%. Wynik piękny, bo można było oczekiwać  stagnacji, bo informacje o „Drodze” już podałem wcześniej i do nowych grup osób, nie ma jak dotrzeć. Ale widać polecacie :), a może „tak miało być”?

Nie przestawajcie. Polecajcie polecać, oczywiście, tylko wtedy, jeśli uznacie, że książka jest tego warto. Tylko wtedy gdy jakoś w was zagości, gdy do was przemówi, gdy się wam spodoba. To jej droga, do nowych odbiorców.

Właściwie każdego dnia otrzymuję jakiś sygnał. List elektroniczny, wiadomość facebookiem, komentarz na blogu, że ktoś czyta „Drogę”, że jakoś na niej jest. Że ech… idzie i… widzi, i myśli. Że to jest coś.

To bardzo ważne. My Polacy, i mówię tu również o sobie, mamy tendencję do dystansowania się, do trochę zamykania się, do bycia widzem bardziej aniżeli uczestnikiem, jeśli osób czy zdarzeń bezpośrednio nie znamy.

Pamiętam jak byłem na takim spotkaniu sympatyków szlaku św. Jakuba w Lublinie. Ludzie weszli na salę usiedli i… pierwsze dwa, trzy rzędy krzeseł były puste. A przy drzwiach tłok. Serio. Więc nie bójmy się i nie pomijajmy, niekoniecznie tylko w stosunku do „Drogi”, wyrażenia opinii, wykonania jakiegoś kroku do przodu. To z naszych czynów, tworzy się rzeczywistość. Bez nich, będzie się osuwać w kierunku, jaki nadadzą jej inni.

Recenzji czyli opinii wyrażonych o książce po przeczytaniu całości (ba… blisko 1000 stron), jest dwie. Obie uczciwe, niezależne, bardzo pozytywne. Opinii z czytania mam wiele więcej, równie pozytywnych, czasem, już kiedyś używałem tego słowa, entuzjastycznych.

Jeśli chodzi o kraje i wejścia na bloga, które jakoś przekładają się na zainteresowanie i odbiór książki, to sytuacja jest bez większych zmian. Pierwsze trzy kraje to: Polska 61%, USA 12%, Francja 4%. Dalej ex aequo Niemcy i Wielka Brytania po 3%. W sumie wejścia są z 54 krajów, niektórych podejrzanie egzotycznych, jak Indie czy Tajlandia, z której było 36 wejść.

Dziękuję. Wszystkim, którzy czytają. Wszystkim, którzy dają mi znać, jak tę książkę odbierają. Szczerze, uczciwie, po prostu. Wszystkim, którzy tę książkę komuś polecili, zachęcili, zachęcili polecić. Wszystkim, którzy zechcieli wnieść jakiś datek, który na zasadzie donativo jest możliwy poprzez bloga.

Książka nie jest idealna, tak jak i ja nie jestem idealny. Jak pewnie każdy z was. Ale jest wyrazem dążenia. Dążenia, przy świadomości, swoich błędów i niedoskonałości. Przy doświadczaniu swojej słabości i przeciwności oraz „chłodu” świata. Bo to po prostu „Droga”, a nie wygodnie urządzony pokój, w którym się można rozkoszować „życiem”.

Jeszcze raz dziękuję. I zachęcam, do czytania, do polecania jeśli uznacie to za polecania warte. Do wszelkich innych małych kroków, aktywności, jeśli ta lektura wam coś przyniesie.

Nawiązałem kontakt z wydawnictwem, wydającym wyłącznie ebooki. Pierwszą odpowiedź, żeby przesłać pliki dostałem bo wielu, wielu dniach, bo mój mail „trafił do kosza”. Ponoć nie ma przypadków :). Z wydaniem papierowym dalej problem. Odbijam się jak od chłodnej ściany. Tyle ciekawych tematów i artystów tam mają, że na co im coś więcej? Jeśli książka ukaże się do sprzedaży jako ebook, to wtedy może uruchomię subskrypcję na wydanie papierowe i spróbuję pominąć mainstream, karmiący odbiorców wybranymi pozycjami.

Raz po raz spotykam się z propozycjami czy sugestiami stworzenia ebooka, ale ciągle się tego boję, bo boję się nieprofesjonalizmu. Boję się, że zrobienie tego po amatorsku, może przynieść więcej szkody jako korzyści. A na tym się nie znam po prostu.

Cel jaki miałem pisząc tę książkę, już osiągnąłem. Dotarła ona do ludzi i coś im powiedziała. To jest podstawowa i pierwsza wartość. Nad celem drugim, by ją rozpropagować, by stała się po prostu dostępna, na wyciągnięcie ręki dla naprawdę każdego, pracuję. Pomagacie mi. Ktoś napisał do znajomego w wydawnictwie, ktoś podpowiedział mi dalsze kroki, ktoś to rozpropagował na blogu. Dzięki.

Marzenie? Mam. Chciałbym, żeby ta książka była kiedyś przetłumaczona na 100 języków. I chciałbym, żeby zawsze była do ściągnięcia za darmo. Pomimo dostępności wersji komercyjnej. Bo tak jest dobrze. Bo ludzie powinni móc zapoznawać się z owocami pracy innych ludzi, jeśli są coś warte. Bo w nich wierzę. Może się mylę, ale wierzę, że jeśli zechcą to wyrażą swoje uznanie w taki sposób jaki będzie im wygodny, zgodny z ich preferencjami. Bo na szlaku też bywa – donativo i to jest piękne.

Czy te marzenia się spełnią? Nie mam pojęcia. Ale myślę, że warto marzyć o niemożliwym i dążyć do spełnienia takiego marzenia. Marzenia o możliwym to jakby za mało dla człowieka. Który przecież, zawsze szuka, zawsze idzie, zawsze zdąża, bo zawsze jest na „Drodze”.

Zwierzaki na camino

20150606_151808Obecność braci mniejszych, jak o nich pisał święty Franciszek z Asyżu, staje się doświadczeniem każdego wędrowca, każdego pielgrzyma przemierzającego ścieżki camino, wiodące do Santiago de Compostela.

 

 

Szczególnie, gdy idziemy porą lub terenem, który nie jest już ucywilizowany, który nie jest przygotowany „pod pielgrzymów”. Wtedy bywa… całymi dniami, nie ma do kogo się odezwać. Pustka, przyroda, cisza odciska piętno na człowieku. I wtedy te, pomijane przez nas na co dzień, cząstki stworzenia stają się rzeczywiście, naszymi braćmi. Braćmi w drodze.

Gdy siedziałem przez zamkniętym domem w Niemczech i wieczór już, i nikogo całkiem, to przypałętał się znikąd kot. Zaczął się ocierać, prężyć, mrużyć oczy, gdy dostał to, po co przyszedł, czyli podrapanie za uszami. I tak zbliżaliśmy się do siebie, bo nie było nikogo innego.

Innym razem, w dość bolesnych dla mnie warunkach, rozmawiałem z jednym psem na plebanii. Byliśmy sami. Wszystko rozumiał. I ja rozumiałem jego. Każde jego spojrzenie. Każdy gest jego ciała, który wyrażał jakieś jego psie emocje.

Owce, krowy, strusie, konie, osły, renifery, bociany, sokoły, nawet mrówki stają się na camino częścią świata pielgrzyma. Jakoś tak bliżej nam do nich. I nie tylko fizycznie, z racji tego, że je spotykamy. Tylko jakoś tak mentalnie. Doświadczamy po prostu chyba większej bliskości z nimi. Doświadczamy tego, że jesteśmy częścią tego samego, pulsującego gdzieś źródła miłości, które wszystko stwarza, utrzymuje, pielęgnuje.

Spotkania nie zawsze są przyjacielskie i czułe, ale taka też jest natura, a może i życie. Czasem słońce i wiatr, czasem nieokiełznany sztorm, który zagraża naszej egzystencji. A jednak to odosobnienie i rodzące się z niego zbliżenie do natury, jest doświadczeniem nowym, bywa – przejmującym. I chyba człowiek od tego bogatszy. Bo już nie całkiem sam, nawet gdy sam 🙂


© by Zbigniew Ściubak 2016

Tu moja książka o camino, a tu jej strona na facebooku.

Możesz poczytać książkę i podzielić się doświadczeniem z tej lektury. Możesz polubić stronę. Możesz nic takiego nie zrobić.

Dyscyplina na camino

20150811_074550Camino wymusza dyscyplinę. Graweruje ją w człowieku. Im dłuższa jest droga do pokonania, im trudniejsza dla tego, kto nią podąża, tym większa dyscyplina jest warunkiem by dojść.

Nie tylko by dojść, ale także by iść w jakimś znośnym stanie, by korzystać z chwil radości i przyjemności wtedy gdy się nadarzą, by zabezpieczyć się przed bolesnymi konsekwencjami nieuwagi czy partactwa.

Bez dyscypliny, droga czyli camino zwali się nam na głowę. Siada ta droga nam na plecach i uczy nas, porządku, konsekwencji, samoorganizacji.

W codziennym życiu radzi byśmy od dyscypliny uciec. Pogrążyć się w radosnym podążaniu za impulsami, chęciami, pragnieniami żeby teraz, tutaj, do dna. Żeby spontanicznie, swobodnie, z rozmachem.

Camino uczy, że żeby to wszystko było możliwe, ta radość, ta spontaniczność, żeby w ogóle dojście było możliwe, najpierw trzeba sobie narzuć ramy. Obowiązki. Powinności.

Trzeba wstać o określonej porze, a nie kiedy się chce. Trzeba dokładnie spakować plecak, by nic nie zginęło, by nie przeważał na jakąś stronę i nie wyginał pleców w drodze. Trzeba mieć wszystko poukładane, bo zginie, bo zapomnimy. Trzeba dbać o stopy, o higienę, trzeba systematycznie prać swoje rzeczy. I trzeba iść, wiele kilometrów dziennie.

To wszystko po prostu „trzeba” sobie narzucić. Dyscyplina okazuje się siłą porządkującą „uroczy” bezład. Jakąś niemal metafizyczną wartością, która z chaosu wydobywa porządek, piękno, wszelkie dokonania.

Camino uczy nas także, że na wszystko musimy jakoś zapracować. Że coś z siebie musimy dać, aby cokolwiek było możliwe. Że musimy sobie nałożyć ramy, to jest ograniczyć samych siebie, żeby wykonać krok naprzód. Musimy stracić, część wolności, żeby wolności niepomiernie większej doświadczyć.

Podobne przesłanie zdaje się nieść kultura i myśl Dalekiego Wschodu. To tam narodził się, będący apoteozą spontaniczności, Taoizm. Dziś, spontaniczność, spontaniczne działanie, postrzeganie, postawy są celem i ideałem Zen. A przecież Zen w swojej praktyce, to niezwykła dyscyplina właśnie.

W Europie „apostołami” dyscypliny są Niemcy. Na południu kontynentu już całkiem inaczej, fiesta, zabawa i autobus odszedł przed czasem.

Camino uczy jak wielką wartością jest dyscyplina. Uczy dla niej szacunku i pietyzmu. Ale uczy czegoś więcej. Tego, że nie jest ona celem, ani wartością ostateczną. Jest niezbędnym środkiem, narzędziem, w sumie także – drogą.

Uczy nas Camino, że człowiek to nie jest jakiś twór matematyczno-filozoficzny, który można zdefiniować i którego potrzeby i powinności można zadekretować jakimiś skończonymi formułami, zbudowanymi ze słów.

Więc dyscyplina pozwala na spontaniczność, a spontaniczność bez dyscypliny obraca się niewolny chaos, w którym nasza wola ginie i stajemy się teatrem wiejących wichrów, i nie zdążamy nigdzie i de facto – giniemy.

Na camino dowiadujemy się, ze człowiek to balans, falowanie, wieczne szukanie równowagi. I to też jest piękne. Bo to jest życie, zawsze zmienne, zawsze szukające, wiecznie tęskniące, do czegoś większego.

Cytat z „Drogi” – książki o Camino. Nr 03

„Czego można się nauczyć od oceanu? Chyba jakiegoś spokoju. Dystansu. Do czego? Do wszystkiego. Gdy nie mamy dystansu, każda rzecz urasta do rangi palącego problemu. W końcu problemem stajemy się my, zaangażowani bezkreśnie w chwilowe zagadnienia, tracący z oczu życie, cały jego ogrom, piękno, przemijalność.”Atlantyk przed wschodem słońca