Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

31 stycznia 2015

Nie wiem, który to już dzień „przed”. I czy w ogóle będzie „przed”. Rośnie we mnie strach. Strach, przed tym co będzie. Strach przed niepowodzeniem, strach przed tym co się może wydarzyć, przed sytuacjami, w których, wszystko zawiedzie.  Przed tym, że organizm zawiedzie. Przed tym, że deszcz a ja szosą, bo nie będzie innego wyjścia.

Chciałbym objąć. Zobaczyć. Przewidzieć przyszłość. Jakoś to wszystko poukładać. Zabezpieczyć się.  Żeby nie wyszło głupio.

Dziś znów odcinek kontrolny. Dwadzieścia ileś tam kilometrów. Znużenie. Trud. Sprawdzanie. Czy dam radę.

Może to wszystko nie ma sensu. Te pytania o przyszłość stawiane przez świadomość. Przez świadomość? Może to zachłanne pragnienie bezpieczeństwa i kontroli, pewności tego co się wydarzy i co będzie, może to właśnie jest złe. Niewłaściwe. Nierozsądne.

Może przywiązywanie wagi do tego, co będzie, jak wyjdzie, czy dojdzie do skutku, jak się zakończy i co się stanie. Może to właśnie jest czepianie się życia, próba zachowania go, przewidzenia go. Próba śmiertelnie szkodliwa. Groźna. Chora. Od samego zarania. Od kiedyś tam. Od pierwszego razu, gdy człowiek powiedział „Chcę”. A więc wyrwał się tym stwierdzeniem z rzeczywistości, ze świata, który był „chceniem” Boga. Sam sie postawił w jego roli i poznał, że to dobre. Na początku.

Może trzeba po prostu, dziękować, bo jest za co.

Dzień -121: Rezygnacja

13 stycznia 2015, po 13 km, lustro Zalewu Zemborzyckiego

Rezygnuję. Nie sposób znieść.  Pytania czy pójdę czy nie pójdę. Pragnienia, żeby pójść i żeby dojść. Nie sposób znieść tej wielkiej konfrontacji, wielkiego zamierzenia i jeszcze większych zagrożeń.

Camino nie jest tam gdzieś i kiedyś. Jest tu i teraz. W każdej danej nam chwili. W każdym momencie, mamy swoje Camino.

Nie rezygnuję z planu. Nie rezygnuję z zamiaru ani przygotowań. Rezygnuję z pragnienia. Z tego przewidywania przeczucia. Co będzie jak dojdę. Co będzie jak nie dojdę. Zdaję się na Boga. i jego wolę. Jakkolwiek, by to nie zabrzmiało.

To znaczy, że robić coś w danym kierunku można ile się chce. Czego więc nie można? Albo raczej nie trzeba? Nie trzeba wiązać siebie z przewidywanym efektem. Przywiązywać się do rezultatu. Ten istotnie jest, sprawą „poza nami”.

Myślę, że takie podejście jest zdrowsze, prawdziwsze, normalniejsze. Że sprowadza nas na „tu i teraz”, zamiast wprowadzać napięcie, między „tu i teraz” oraz „tam i kiedyś”.  Wbrew pozorom, może być bardziej skuteczne niż pierwotne nastawienie i zapatrzenie w cel. Całkowite uwarunkowanie siebie przez cel. Określanie siebie, przez osiągnięcie celu, który nie jest. Tu i teraz.

Odczuwam ogromny lęk, przed tą podróżą. Wczorajsze „testy podwozia”, znów nie nastrajają optymistycznie. Szereg rozmaitych dolegliwości. Będę próbował nadal. Przygotowywał się. Z zaangażowaniem. Droga jest teraz. Zawsze jest teraz. Nawet gdy będzie ona kiedyś, to przecież, wówczas, będzie TERAZ.

Mamy jakąś tendencję do życia „kiedyś”. Zamiast do życia „teraz”. Myślę, że to błąd. Także i mój, błąd. Wszystko jest – teraz. Zawsze było i zawsze będzie. Dlatego wszystko jest wtedy – nowe. Nie „posiadane”, ale spotykane.

Mamy tendencje. Do „posiadania”. Chcemy mieć. Co? Wszystko. Także przyszłość. Zdarzenia w przyszłości. Chcemy mieć. Ale wpychając to wszystko w siebie, czynimy to starym. Jeśli się zdarzy, to „już było”, już je mieliśmy w sobie. Możemy porównywać co najwyżej, czy „tak miało być”?

Jeśli nie mamy nic. To nie mamy nic. I wszystko co spotykamy, jest – nowe. To uczucie z dzieciństwa. Potem coraz więcej do środka. Zachłanność. Głód. Prowadzący w nieprzyjemną egzystencję, gdzie nic nowe już nie jest.

Dzień -129: Poważne kłopoty

5-01-2015 Zalew Zemborzycki k. Lublina ok. 13:00

5 stycznia 2015 Zalew Zemborzycki k. Lublina ok. 13:00

 

Wczoraj pojawiły się poważne kłopoty. Wystąpiły w czasie testu, jakim był wielogodzinny i wielokilometrowy spacer. Zepsuło sie podwozie, a konkretnie jeden ze stawów nogi.

Dotarłem do domu ale. Z dużymi problemami. W realnych warunkach, wyruszenie nazajutrz w podobną podróż, nie wchodziłoby w rachubę. W ogóle stawiając pod znakiem zapytania ciąg dalszy. Zmęczenie bowiem mija, ale tego typu kłopoty, mogą się raczej pogłębiać.

Cała (niezbyt wielka) nadzieja w tym, że na zaistniałe problemy mogła mieć wpływ nawierzchnia. Przez znaczną część drogi było ślisko. Kilkakrotnie wypadało się ratować, ekwilibrystyką, mocno obciążającą stawy. Stopy uciekały w trakcie kroków do tyłu. No cóż. Zobaczymy. Czy największa podróż mojego życia dojdzie do skutku.